Koronawirus rozdzielił umierającą matkę z jej córką

0
Pożegnanie w czasach zarazy
REKLAMA

Pani Jadwiga rozpacza: – Moja matka umiera, a ja nie mogę być przy niej, wyobraża to pan sobie?! To, co się dzieje z powodu koronawirusa nie mieści się w głowie. Dzieją się rzeczy nieludzkie, nie do zniesienia, a ja jestem bezsilna…

Kobieta opowiada, co się wydarzyło w ostatnich miesiącach: – Moja mama zachorowała w maju, wcześniej była w szpitalu w Zakopanem, potem, gdy stan jej się pogorszył, trafiła do oddziału chirurgii w „starym szpitalu” w Tarnowie. To był rozsiany już rak, w zaawansowanym stopniu, nie było dla niej ratunku. Pozostało jej bardzo niewiele życia…
Pani Jadwiga mówi, że któregoś dnia ordynator oddziału powiedział jej, że właściwym rozwiązaniem byłoby przetransportowanie jej matki do hospicjum. Tłumaczył, że domowa opieka nad człowiekiem umierającym wymaga dużo wysiłku, specjalnych zabiegów, rodzina może sobie nie poradzić. Dobre chęci nie wystarczą.
– Początkowo argumenty te wydały mi się ważne, ale powiedziałam ordynatorowi, że ostateczną decyzję podejmiemy w rodzinie. Przyjechałam ze szpitala, wytłumaczyłam rodzeństwu, w czym rzecz. Po zastanowieniu się najpierw wspólnie doszliśmy do wniosku, że być może hospicjum będzie dla mamy właściwe. Ale kiedy trochę ochłonęliśmy, nasze myślenie poszło w innym kierunku, zmieniliśmy zdanie.
Następnego dnia pani Jadwiga pojechała do szpitala i poinformowała personel oddziału chirurgii, że umierającą mamę zabierze do domu, ponieważ rodzina chce, by odeszła ona w obecności swoich dzieci i wnuków.
– Już załatwialiśmy dla mamy łóżko ortopedyczne i pielęgniarkę środowiskową, żeby mogła nam pomóc w ostatnich dniach opieki.

Nagła wiadomość
Matka pani Jadwigi, zgodnie z życzeniem jej rodziny, została odtransportowana przez szpital pod Tarnów, do swojej rodzinnej miejscowości. Potem podziały się, jak twierdzi kobieta, zaskakująco dziwne rzeczy. Po odjeździe karetki transportowej zjawił się lekarz z oddziału i powiedział, że ma do przekazania smutną wiadomość. Okazało się, że mama pani Jadwigi nie dość, że umiera na raka, to jeszcze zarażona jest koronawirusem – bezobjawowo. Lekarz wyjaśniał, że testy wykonano wcześniej z myślą o przekazaniu chorej kobiety do hospicjum, tak jak nakazuje procedura, wyniki nadeszły dopiero teraz. Sprawa została zgłoszona do sanepidu. Pacjentki z tej samej sali, w której przebywała zarażona kobieta, przeniesiono do dwóch izolatek, wykonano im testy, wstrzymano przyjmowanie nowych pacjentów.
– Byłam w szoku! Zdałam sobie sprawę z tego, co oznacza nowa sytuacja. Do umierającej mamy z koronawirusem, która już znalazła się w domu, nie przyjdzie nikt: ani ja, ani brat, ani pielęgniarka, ani ksiądz. Została ona odcięta od świata.
Pani Jadwiga wpadła w panikę. Pobiegła do dyrekcji szpitala z prośbą, aby do dokumentacji medycznej matki nie wpisywać, że wykryto u niej koronawirusa, gdyż to bardzo skomplikuje opiekę. Z oczywistych powodów jej prośba nie mogła zostać spełniona.
– Byłam pełna emocji, cała roztrzęsiona – tłumaczy dzisiaj tę sytuację. – Usłyszałam, że szpital może pomóc znaleźć miejsce w placówce, która przyjmuje pacjentów będących w takim położeniu, jak moja mama, ale się nie zgodziłam. Już raz rodzinnie postanowiliśmy, że mama umrze wśród nas, swoich najbliższych, a nie w jakimś obcym miejscu.

Awantura na chirurgii
Pani Jadwiga podejrzewa szpital, że wypisał i odtransportował jej mamę do domu, gdy już było wiadomo, że ma koronawirusa.
Lek. med. Paweł Blicharz, zastępca dyrektora ds. medycznych w Szpitalu Specjalistycznym im. E. Szczeklika w Tarnowie, zdecydowanie zaprzecza.
– Całą sprawę mamy dokładnie udokumentowaną. Jest odnotowana godzina odjazdu karetki z pacjentką, godzina dotarcia do celu, jest podana godzina powiadomienia nas o wyniku przeprowadzonego wcześniej testu na covid-19. Jako szpital nigdy nie wiemy, kiedy te wyniki nadejdą. Tu się nic nie da pokombinować, gdyż jest to system ogólnopolski, który rejestruje wszystkie fakty. Z tego, co zapamiętałem, wyniki testu były nam znane w godzinach wczesnopopołudniowych, już po przetransportowaniu pacjentki do jej miejscowości.
Pani Jadwiga nie wierzy tym zapewnieniom, przekonuje, że zbierze dowody na to, że było inaczej. Żali się, że kiedy ponownie odwiedziła oddział chirurgii, by porozmawiać o sprawie, doszło między nią i personelem do awantury.
– W pewnej chwili jeden z lekarzy chwycił mnie za ręce i siłą wyprowadził z oddziału. W dodatku straszył mnie policją! Jak oni traktują ludzi? To niesamowite.

REKLAMA (2)

Rządzi koronawirus
Pytany o incydent na chirurgii dyrektor Blicharz odpowiada: – Relacje obu stron są w tej kwestii różne. Mamy do czynienia z sytuacją, w której słowo jest przeciwko słowu. Ta pani zapowiedziała, że sprawę zgłosi do prokuratury. Ma takie prawo, niech zatem prokuratura wyjaśni, co zaszło na chirurgii.
– To, co się dzieje dzisiaj, jest straszne – pani Jadwidze załamuje się glos. – Koronawirus rządzi światem. Kiedy umiera bliska osoba, nie można jej nawet odwiedzić w szpitalu, być z nią w jej ostatnich chwilach, bo obowiązuje zakaz. Lekarze mogą wszystkiego zabronić powołując się na epidemię. Nam, zwykłym ludziom, nic nie wolno, w takich przypadkach jesteśmy bezradni. Świat całkowicie stanął na głowie. Ludzie, opamiętajmy się.

REKLAMA (3)

Pozostały tylko telefony
Kiedy rozmawiamy, mama pani Jadwigi przebywa w domu drugiej córki. Ona przejęła opiekę, pomagają jej w tym jej dorosłe dzieci. Wszyscy objęci są kwarantanną, przyjeżdża policja, by skontrolować, czy nałożone obostrzenie jest przestrzegane. Pani Jadwiga, która wcześniej nie miała bezpośredniego kontaktu z matką, nie jest na kwarantannie, ale do siostry może tylko zatelefonować, zapytać się, co się dzieje. Rozpacza, że jej tam nie ma, że nie może pomóc, że nie przebywa z matką w jej ostatnich dniach. Z rozmowy wyraźnie wynika, że nie jest w stanie pogodzić się z nowym porządkiem świata, który nastał wraz z koronawirusem, zagrożeniem epidemiologicznym, obowiązującymi procedurami i środkami bezpieczeństwa, które mają chronić innych przed wirusem, przed utratą zdrowia, a może i życia. Ma na myśli tylko jedno: swoją umierającą matkę i swoją nieobecność przy niej. Wciąż jest w niej wiele emocji i determinacji.
– Z opieką nad mamą siostra na razie jakoś sobie radzi – na chwilę się uspokaja. – Musi, bo przecież pielęgniarka do domu nie wejdzie. Nie wolno. Mama była zawsze dobra dla nas, wychowała czwórkę dzieci, jesteśmy pewni, że ona w takiej chwili nigdy kogokolwiek z nas nie oddałaby do hospicjum. Teraz ma przebłyski świadomości, wie, że jest w domu u siostry, czasem trzyma ją za rękę, woła nas. Woła i mnie, ale ja nie przyjdę. Nie mogę się z nią żegnać, choć bardzo tego chciałam.

PS. Imię bohaterki reportażu zostało na jej prośbę zmienione.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze