Las z żabiej perspektywy

0
Las z żabiej perspektywy
fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Szliśmy w rzęsistym deszczu przez dżunglę na Borneo – siwobrody Słowak Libor i ja. Tak się złożyło, że tego dnia akurat dwoje przybyszów z Europy środkowo-wschodniej znalazło się w tym samym punkcie Borneo. Bardzo mokrym punkcie.

Dżungla wiewiórek

Nie wyruszyliśmy razem, ale idąc jedną ścieżką w nieunikniony sposób co chwilę spotykaliśmy się, bo stale coś nas zatrzymywało. Ja znalazłam dużego kolorowego pająka, i – osłaniając aparat przed deszczem – próbowałam mu zrobić ostre zdjęcie (nie udało się!). Chwilę potem Libor odkrył między liśćmi grubą jak kciuk, kolorową skulicę (rodzaj stonogi), która zwinęła się w kulę, więc czekał, aż się znowu rozwinie. Potem trafiliśmy na ścieżce na przemarsz mrówek. Choć drobne, szły jak dywan, i musieliśmy poszukać obejścia. Potem znowu zgłodniałam i przysiadłam pod przypominającym parasol liściem palmy areka, by zjeść coś nie całkiem na deszczu. A potem Słowak znalazł dziwnie kwitnące pnącze na „żelaznym drzewie” (Eusideroxylon zwageri), więc poczekał, żeby mi je pokazać. Stojąc pod „żelaznym drzewem”, usłyszeliśmy głośny szelest nad głowami.

– Orangutan! – powiedział Libor z błyskiem w oku. – One mogą tu być!

Ale z gąszczu wynurzyły się, przechodząc po gałęzi nad naszymi głowami, dwie wiewiórki rozmiaru lisów. Poszły dalej, a jedna rzuciła nam wyraźnie drwiące spojrzenie.

REKLAMA (2)

Los jednak już po chwili wynagrodził Słowakowi rozczarowanie. Kiedy tym razem ja wyrwałam się do przodu, na drzewie tuż przy mnie wylądowała latająca wiewiórka, jak pokryty futrem latawiec. Mnie tylko mignął jej kształt, zanim wykonała kolejny skok. Za to idący parę kroków za mną Libor miał dobry widok.

– Przeleciała mi tuż koło twarzy! – opowiadał z przejęciem.

Żadne z nas nie zrobiło zdjęcia, bo deszcz wciąż padał i nasze aparaty fotograficzne spoczywały w futerałach, jak pistolety w kaburach.

Wędrówki w Kubah

Dokąd tak szliśmy w deszczu przez las deszczowy? Oczywiście – do wodospadu! Jakby nie było już dość mokro…

Kubah to leśny park narodowy oddalony zaledwie o 20 km od Kuching, głównego miasta malezyjskiej części wyspy Borneo. Przy pewnej dozie szczęścia można dotrzeć do Kubah nawet miejskim autobusem, choć po sezonie pojazdy te nie jeżdżą według rozkładu jazdy, ale dopiero, gdy zbierze się grupa pasażerów. Do Kubah jednak bez oporu jeżdżą także miejscy taksówkarze, choć o cenę trzeba ostro się targować.

Las z żabiej perspektywy
fot. Marta Tutaj

W porównaniu z Parkiem Narodowym Bako – rezerwatem nosaczy sundajskich, czy Semingoh – stacją rehabilitacji, gdzie można zobaczyć orangutany, dżungla w Kubah nie jest szczególnie popularna wśród zagranicznych turystów. Stanowi raczej miejsce weekendowych wycieczek Malezyjczyków. Jest tu piękna prawdziwa dżungla, ale raczej nie ma dużych zwierząt – jak upragnione przez Libora orangutany. W lesie deszczowym Kubah można zobaczyć np. wiewiórki olbrzymie, miniaturowe antylopy leśne, świnie brodate, warany monitory, makaki długoogonowe – wszędobylskie małpy, a także sporo ptaków.

To niewielki park – ma nieco ponad 2 tys. ha powierzchni. Z wyznaczonych tam szlaków tylko jeden wymaga dłuższej, kilkugodzinnej wędrówki. Najkrótszy – po Palmetum, śródleśnej plantacji palm różnych gatunków – to właściwie tylko niespełna godzinny spacer. Ale jeśli kogoś interesują palmy czy botanika w ogólności, sporo można tam zobaczyć – na terenie Kubah rośnie bowiem ponad 90 gatunków palm, wśród nich wiele gatunków właściwych tylko dla Borneo. Inny szlak, nieco dłuższy, prowadzi wśród drzew belian, czyli tzw. borneańskich żelaznych drzew o wyjątkowo twardym drewnie. Ich drewno – jak informuje tablica informacyjna – jest wykorzystywane przy budowie domów, jest też ulubionym przez Chińczyków materiałem na… trumny (!). Główny szlak parku Kubah prowadzi natomiast wśród drzew żywicznych (Dipterocarpus), rosnących tu dziko. Inne trasy to m.in. kilkugodzinna wspinaczka przez dżunglę na górę Serapi, wędrówka wąwozami, czy szlak do punktu widokowego na wzgórzu Selang.

REKLAMA (3)

Nasz szlak – do wodospadu z miejscem do kąpieli (w Kubah jest wiele strumieni i wodospadów) miał nie przekraczać półtorej godziny marszu, ale w deszczu i z licznymi przystankami szliśmy już prawie trzy godziny. Ostatni odcinek wymagał skakania po mokrych kamieniach w korycie potoku, które zapewne byłyby mokre i bez deszczu. W deszczu był to jednak dość karkołomny wyczyn. Kiedy wreszcie dotarliśmy do niezbyt wysokiego ale malowniczego wodospadu spadającego po skale, byliśmy spoceni, mimo że wciąż padało i nasze ubrania całkiem przemokły. Ponieważ poniżej wodospadu w Kubah jest naturalna skalna niecka przypominająca jacuzzi, wykąpaliśmy się w ubraniach, które potem wykręciliśmy. Ale nie próbowaliśmy nawet wysychać po kąpieli.

Słowak wyjeżdżał wieczorem, ja natomiast zostałam jeszcze na dwie noce w domkach rekreacyjnych w Kubah, gdzie wcześniej przez internet zarezerwowałam sobie nocleg. Okazało się jednak, że strażnicy parku dzierżący klucze od domków, nie mają dostępu do internetu, więc mój przyjazd był dla nich zupełnym zaskoczeniem. Mimo to starali się – jeden z nich zawiózł mnie nawet własnym samochodem do pobliskiego sklepu, żebym mogła się zaopatrzyć w jedzenie na trzy dni. Kupiłam chleb tostowy, zupki mie, ciasto kayah z mąki pandanowca, marmoladę z kiwi, banany i owoce salaku… I kopi, czyli kawę. Domek-hostel miał aneks kuchenny.

Nogolotka i inne

Wieczorem deszcz ustał, choć wciąż wszystko ociekało wodą. Wyszłam więc z latarką na Żabi Szlak. Wiódł początkowo bitą drogą, z możliwością badania przydrożnych rowów, w których żyły drobne, wydające charakterystyczne głosy żabki. Potem skręcał nad staw otoczony drewnianym pomostem. Pomost był śliski a żaby siedziały wszędzie. Wspinały się po poręczach, lianach i pniach drzew, patrzyły wielkimi oczami z liści, ukrywały się nawet w szparach między deskami mostków. Zrobiłam mnóstwo zdjęć. Gdy rano wzięłam od strażników budżetowo wydany żabi przewodnik, dowiedziałam się, że udało mi się sfotografować tylko kilka gatunków, w tym najwyżej dwa endemiczne. W Kubah natomiast żyje – według obecnych ocen – ok. 60 gatunków żab, w tym sporo tylko na Borneo. Udało mi się sfotografować zaledwie drobny wycinek tej różnorodności.

Owszem, sfotografowałam przynajmniej dwa gatunki żab latających, ale nie tę najsławniejszą – nogolotkę czarnostopą, zwaną na cześć znanego przyrodnika „żabą Wallace’a”. W Kubah dla „żaby Wallace’a” przez kilka lat organizowano tzw. Frog Race, których uczestnicy mieli znaleźć jak najwięcej gatunków płazów, a nogolotkę w szczególności. Cóż, mnie się nie udało. Moje żaby latające miały tylko (!) stopy pomarańczowe lub żółte. Do Kubah powinnam więc jeszcze wrócić.

Wieczorny spacer miał jednak wiele uroku. Po deszczu wyroiły się owady. Nad drogą latało (jak i pełzało w poszyciu, wśród liści) wiele drobnych świetlików o błękitnych „latarenkach”, a do światła latarki zlatywały wielkie piękne ćmy, dorównujące urodą dziennym motylom. Licznie latały też nietoperze.

Podczas kolejnych dni wędrowałam wśród drzew żywicznych, salakowców i durianowców, fotografowałam endemiczne palmy Licuala, przechodziłam wiszącymi mostkami nad strumieniami i zielonymi wąwozami. Oglądałam zasnutą mgłą po deszczu malowniczą panoramę wzgórz i rozlewisk rzecznych z wieży widokowej na wzgórzu Selang. Były to moje ostatnie dni na Borneo, i choć w Kubah nie udało mi się znaleźć najsławniejszej z tutejszych żab, wieczory ze świetlikami, drzewa żywiczne, kwitnące pnącza i młode palmy, wielkie wiewiórki i śródleśne wodospady pozwoliły mi zapamiętać dżunglę na Borneo w wersji zarazem egzotycznej i łagodnej.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze