Rock‑boogie‑pop, czyli ZZ Top

0
borowiec
borowiec1412
REKLAMA

Gdy wydano tę płytę i wszyscy, mimo szoku spowodowanego brzmieniem, jęli się nią zachwycać, ja, będąc dość ortodoksyjnym fanem szlachetnego rocka (cokolwiek wtedy to znaczyło), nie zapałałem miłością do jej syntetycznych podkładów i klimatów rodem z dokonań królowej disco Donny Summer. Nic więc dziwnego, że byłem wobec Eliminatora mocno zdystansowany. Tu muszę wyznać, że wcześniej zespół ZZ Top był mi na tyle bliski, że nawet krążki uchodzące za te słabsze (Tejas) były dla mnie ważne.
Minęło jednak trochę czasu i co? Po prostu, zmieniłem zdanie. Ba, zacząłem uznawać, że power, drive i nośne riffy będące wyróżnikami tego albumu w żadnym wypadku nie są mi niemiłe. Co więcej, tak mi się to wszystko spodobało, że kolejny krążek Afterburner, nieporównanie bardziej popowo‑plastikowy, uznałem za całkiem udaną płytę. Tak było, ale pal licho moje odczucia sprzed lat.
Materiał, jaki znalazł się na tym wydawnictwie, zarejestrowano w roku 1982 w studiach Ardent w Memphis. Był to czas, kiedy w świecie muzycznym obowiązywały nowe, zdecydowanie syntetyczne brzmienia. To była nowa era w dziedzinie nagrywania – tłumaczył gitarzysta Bill Gibbons. A my słuchaliśmy płyt stworzonych w nowej technologii i one się nam podobały. Z tego nowego podejścia do muzycznej materii nie był zadowolony perkusista Frank Beard. Ponoć nagrał swoje partie i szybko wyjechał z Memphis. Gdy jakiś czas później Gibbons przywiózł do Houston gotowy materiał, okazało się, że sporo naturalnych bębnów zostało podmienionych na brzmienia syntetyczne.
W książce 1001 albumów muzycznych (które powinieneś usłyszeć, zanim umrzesz) Bruno MacDonald tak napisał o tym wydawnictwie: Teksańskie trio bawiło się nowomodnym hałasowaniem na płycie El Loco z 1981 roku. Na albumie Eliminator zaszaleli z takim tupetem, że podejrzewano, iż perkusistę Franka Bearda zastąpiono na płycie automatem perkusyjnym. Tak naprawdę jego rześkie rytmy i perkoczący bas Dusty’ego Hilla są ledwie wsparciem dla prawdziwej gwiazdy: gitarzysty Billy’ego Gibbonsa – zawsze oplatającego kpiarskie teksty gitarowymi przygrywkami, ale nigdy nie pozwalającego sobie na zbyt wiele, jak to robią inni soliści.
Eliminator to najbardziej rozpoznawalny krążek tria w historii. Przyniósł takie przeboje jak: Gimme All Your Lovin’, Legs i Sharp Dressed Man. Właściwie wszystkie refreny mają hitową nośność. Nad syntetycznymi podkładami dominują jednak soczyste riffy, ostre gitary i „zabrudzony” śpiew Gibbonsa (oprócz I Got The Sex, gdzie głosu użyczył Dusty Hill). Na płycie nie zbrakło również klasycznego boogie w postaci If I Could Only Flag Her Down, a także pewnego eksperymentu, za jaki należy uznać utwór Thug.
Tekstowo album jest przepojony miłością w sensie fizycznym i właściwie jedynie TV Dinners (wydany również na singlu) opowiada prześmiewczo o perwersyjnej fascynacji jedzeniem w puszkach.
A skąd tytuł krążka i jego okładka? Otóż, wszystko zaczęło się od fascynacji fordami przerabianymi na samochody wyścigowe. Jeszcze w latach siedemdziesiątych Gibbons zamówił „hotroadową” przeróbkę forda coupe z 1933 roku. Auto zostało nazwane przez właściciela Eliminatorem, bo tak też określano pojazd, który eliminując konkurencję, wygrywa wyścigi. Ford znalazł się na okładce, stając się nieodzownym elementem koncertowej scenografii oraz wideoklipów, których serię rozpoczął otwierający płytę kawałek Gimme All Your Lovin’.
A propos klipów z „gorącymi laskami i pięknymi brykami”, nawiasem mówiąc zrealizowanych na podstawie całkiem pomysłowych scenariuszy. Otóż, kiedy weźmie się pod uwagę, że tak chętnie były emitowane przez raczkującą wówczas MTV, to można śmiało stwierdzić, że Eliminator nie tylko oddawał ducha tamtych czasów, ale w istotny sposób go również kształtował.
Album, bardzo skutecznie wsparty przez przebojowe single zeń pochodzące, stał się pod względem komercyjnym szczytowym osiągnięciem grupy. W Australii i Wielkiej Brytanii pokrył się 4‑krotną platyną, w Niemczech tytuł platynowej płyty zdobył trzy razy, a w Stanach Zjednoczonych, gdzie sprzedano go w ilości 10‑ciu milionów egzemplarzy, stał się krążkiem diamentowym.
Pismo Rolling Stone w zestawieniu 500 najlepszych albumów wszech czasów umieściło Eliminatora na pozycji 396, ale w rankingu 100 najlepszych płyt lat 80. znalazł się już na miejscu 39.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze