W listopadzie mija pół wieku od wydania piątego studyjnego albumu zespołu Uriah Heep, zatytułowanego The Magician’s Birthday. Krążek zarówno w USA, jak i w Wielkiej Brytanii zdobył status Złotej Płyty.
„Urodziny czarnoksiężnika”, jak przyjęło się płytę nazywać, były udanym wydawnictwem, choć nie przyniosły spektakularnych kompozycji na miarę July Morning. Kiedy dziś czyta się recenzje ówczesnych, ale też i współczesnych krytyków, w niektórych przypadkach odnosi się wrażenie, że zawarte w nich oceny różnią się między sobą znacząco. Dla pewnego rozjaśnienia tej kwestii posłużę się własnymi wspomnieniami. Otóż pamiętam, że w moich nastoletnich czasach nieco obciachowe było przyznawanie się (zwłaszcza wśród starszych fanów rocka) do tego, że lubi się Uriah Heep. Wynikało to, być może, z pewnej wtórności zespołu wobec Deep Purple, z jego melodramatycznego rozmachu, a może też z mniejszej hardrockowej wyrazistości w zestawieniu z dokonaniami Led Zeppelin czy Black Sabbath. Warto jednak wspomnieć, że około 1973 roku ukuto na Wyspach termin – „heepsteria”. Odzwierciedlał ogromną popularność bandu i odnosił się do reakcji publiczności na jego koncertach. Zmierzam jednak do rzeczy.
Materiał wypełniający płytę był rejestrowany w Lansdowne Studios w Londynie. Prace nagraniowe, a następnie mastering i produkcja zostały wykonane we wrześniu oraz październiku roku 1972.
Klawiszowiec i główny kompozytor, Ken Hensley, w wywiadzie dla miesięcznika „Teraz Rock” stwierdził niegdyś: Album „The Magician’s Birthday” tworzyliśmy w pośpiechu. Goniły nas terminy i nie zdołałem dokończyć wielu pomysłów. Gitarzysta, Mick Box, wypowiadał się w podobnym stylu: „The Magician’s Birthday” został stworzony bardzo krótko po „Demons And Wizards”. Nie byliśmy w pełni gotowi by wejść do studia. To było pospieszne. Będąc jednak zespołem czującym chemię, sprawiliśmy, że album powstał.
Tkanka literacka płyty, a co za tym idzie również materia muzyczna zostały luźno oparte na opowiadaniu napisanym przez Hensleya w czerwcu i lipcu 1972 roku.
Wydawnictwo rozpoczynała kompozycja Sunrise, napędzana gitarami mocna ballada o odpowiedniej dramaturgii, w której wyciszone, prowadzone przez organy zwrotki przeplatały się z energetycznym refrenem. Całość okraszał „operowy” zaśpiew Davida Byrona. Autor (Hensley) tak się o niej wypowiadał: „Sunrise” to romantyczna piosenka mówiąca o rozstaniu, które wtedy przeżywałem. Przyznaję się, wina była moja, ale w tekście obwiniam ją.
Drugi na płycie Spider Woman (wydany na singlu) okazywał się skocznym, podamerykanizowanym rockowym kawałkiem. W tej mocniejszej odsłonie płyty w podobnym klimacie pozostawały: Blind Eye – numer o akustycznym posmaku w tempie osadzonym przez melodyjną linię basu Gary’ego Thaina, oraz Sweet Lorraine – zwięzły czasowo, „tupiący” rocker, w którym obok gitarowego brzmienia zaserwowano dodatkową teksturę w postaci przestrzennych linii syntezatora.
Blind Eye z kolei, jawił się jako akustyczny, żwawy numer ze snującym opowieść wokalem, niestety z nieco bezbarwnym refrenem. Następujący po nim Echoes In The Dark oferował subtelny wokal oraz podniosłe gitarowe frazy rozpostarte na tle intensywnego pochodu basowego.
Kiedyś najbliższym z utworów był dla mnie Sweet Lorraine – nieskomplikowany, dynamiczny rockowy numer z solówką na syntezatorze. Dziś palmę pierwszeństwa przyznałbym raczej kompozycji Rain. To urokliwa ballada, z dominującą rolą fortepianu i organami w tle, oszczędna w środkach, bez zbędnych fajerwerków wokalnych Byrona, rzec można wyciszona i elegancka, a przy tym w imponujący sposób wykorzystująca brzmienie ksylofonu. Joel McIver, w książeczce załączonej do zremasterowanego wydania płyty z 2016 roku, napisał: „Rain” to piosenka, w której Uriah Heep demonstruje kwintesencję swoich umiejętności komponowania piosenek, gdzie mniej znaczy więcej.
Bodaj najliczniejsze kontrowersje wzbudzał wieńczący całość epicki utwór tytułowy. Zdaniem wielu zabrakło mu mocnej struktury, przez co bardziej przypominał trzy połączone ze sobą piosenki niż prawdziwą wieloczęściową kompozycję. Ken Hensley tako o nim mówił: „The Magician’s Birthday” to jeden z tych utworów z ogromną ilością słów, jak „Lady In Black” (wczesny hit zespołu – przyp. KB). To także świadectwo mojego uwielbienia dla fantastyki, magii, co groziło oderwaniem się od rzeczywistości (…). Źródłem fantastycznych pomysłów mogą być sny, wyobraźnia, a niekoniecznie narkotyki.
Co by jednak nie mówić, dla wielu starych fanów zarówno utwór, jak i cała płyta pozostaną sennym wspomnieniem magicznej i coraz bardziej odległej młodości.
# TEMI, Fonograf, Urodziny czarnoksiężnika Krzysztof Borowiec, Uriah Heep The Magician’s Birthday Krzysztof Borowiec
![Utrudnienia w ruchu przy tarnowskim sądzie [ZDJĘCIA] Utrudnienia na ul. Dąbrowskiego](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Utrudnienia-ul.-Dabrowskiego-4-218x150.jpg)



![Dworek w Skrzyszowie po modernizacji [ZDJĘCIA] Dworek Skrzyszów](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Dworek-w-Skrzyszowie-2026-3-218x150.jpg)
















