Powrót legendy

0
borowiec
REKLAMA

Mówi się, że do tej samej wody się nie wchodzi, a jednak podczas krakowskiego występu SBB takie odczucia mi zafundowało. Kiedy 40 lat temu w sali tarnowskiego kina „Kosmos” widziałem zespół po raz pierwszy w życiu, to w finale Wizji ciary chodziły mi po nastoletnich plecach. Tego wieczoru ten eksplodujący hard rockiem fragment brzmi wraz z Odlotem na otwarcie. Grzmiący bas Skrzeka, potężny perkusyjny wykop Piotrowskiego i drapieżnie brzmiąca gitara Antymosa przenoszą mnie w odległy czas, kiedy rock był młody, twórczy i ekscytujący, a życie dopiero się otwierało.
Ta, nomen omen, odlotowa uwertura zapowiada niezwykłe doznania. Zaraz po niej rusza pochodząca z płyty Nowy horyzont kompozycja Na pierwszy ogień. Trzaskając zdjęcia, spoglądam na twarze moich kolegów i publiczności wokół. Mimo pięciu, sześciu, a nawet siedmiu dekad na karku wszędzie widać młodzieńczą ekscytację i radość, że oto ze sceny serwowane są stare, pełne ognia dźwięki. To jakaś magia, bo można odnieść wrażenie, że zarówno zespół, jak i publiczność jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki młodnieje o jakieś trzydzieści lat.
Dwie kolejne kompozycje zaserwowane tego wieczoru pochodzą z wydanej w 1979 roku płyty Welcome. Najpierw idzie kapitalnie brzmiący Rainbow Man, a zaraz potem porywająca wersja Walking Around The Stormy Bay. To, tak po prostu, cudowna jazda z turbodoładowaniem. Zachwycona publiczność zdaje się zadawać pytanie: jak wy to robicie? Mój Boże, myślę sobie, czy trzeba było tylu lat, by coś takiego przeżywać? Widocznie tak, widocznie Jerzy Piotrowski, porzuciwszy na dwie dekady bębnienie, musiał zatęsknić za perkusją, a wszyscy trzej muzycy musieli zatęsknić za sobą i za tamtym młodzieńczym graniem, bo inaczej nie byłoby tej chemii i takiej wspólnej radości.
Kolejnym utworem jest rzadko grywana na koncertach kompozycja 360 do tyłu. Zgodnie jednak z duchem nowo‑starego repertuaru pochodzi z lat 70. Została wydana na krążku Lost Tapes Vol.1, zawierającym archiwalne nagrania z lat 1974‑1978.
Potem nadchodzi czas na kompozycję Z których krwi krew moja, pochodzącą z wydanego w 1976 roku albumu Pamięć. I tu, a propos, do dziś pamiętam, jak będąc szesnastolatkiem, zajeżdżałem ten numer na swojej szpulowej zetce, a wraz z kolegami nazywałem go, zresztą od pochodzących zeń słów: Z miłości jestem. Ten piękny, pełen progresywnego liryzmu, monumentalny utwór ze słowami Juliana Mateja daje głęboki oddech przed Drum Battle, który wkrótce rusza.
Oto, jakby nigdy nic, przy drugim zestawie perkusyjnym zasiada Antymos Apostolis i niby bawiąc się, zaczyna swoją kameralną grę. Po pewnym czasie dołącza do niego Jerzy Piotrowski i rozpoczyna się gęsty, soczysty dialog dwóch perkusji, który z czasem przeradza się w znakomity energetyczny pojedynek. Publiczność, rozgrzana takim solidnym, a zarazem pełnym fantazji łojeniem, co rusz funduje muzykom burzę oklasków. W tym efektownym muzycznym daniu jest jeszcze deser. Zapewnia go eksplodujące dźwiękami instrumentarium Skrzeka. Jedno słowo ciśnie się wówczas na usta: r‑e‑w‑e‑l‑a‑c‑j‑a.
Po Perkusyjnej bitwie przychodzi czas na finałowy utwór wieczoru. Bogata kolorystycznie, fascynująca brzmieniowo Improwizacja zamyka główną część koncertu. Gdy dobiega końca, muzycy są tyleż uradowani, ile zmęczeni, zwłaszcza Jerzy Piotrowski zdaje się mówić swoimi gestami, że takie półtoragodzinne, pełne czadu bębnienie to niełatwe zadanie dla 65‑latka. Oczywiście jest w tym odrobina kokieterii, ale fakt faktem, że tak mocne zaangażowanie wymaga od niego nie lada kondycji.
Co by jednak nie mówić, nie jest możliwe, by zespół zszedł ze sceny bez bisu. Jest bis. Inny niż pełna młodzieńczej energii zasadnicza część wieczoru. Zamykający utwór ma charakter progresywnej lamentacji, w której wiodącą rolę odgrywa Józef Skrzek. Powtarzająca się fraza „bracie mój” jest pełnym bólu pożegnaniem artysty z bratem, Janem „Kyksem”, znakomitym śląskim bluesmanem, którego dwa tygodnie wcześniej pochował w rodzinnych Michałkowicach.
Kiedy wybrzmiewają ostatnie dźwięki koncertu, mam wrażenie, że historia zatoczyła koło. Dlaczego? Otóż dlatego, że to, co zaprezentowali muzycy w krakowskim „Kwadracie”, rozjechało mnie niemal równie intensywnie jak cztery dekady wcześniej koncert w tarnowskim „Kosmosie”. Power, feeling, chemia, zwarty wulkaniczny czad. Po prostu niezapomniany wieczór.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze