Rozmawiajcie poważnie!

0
Grzegorz Miecugow
REKLAMA

W końcu na co dzień tak właśnie zwykliśmy działać. Gdy planujemy budowę domu, to nie zaczynamy tego planu od kształtu okienek na poddaszu, ale od ogólnego kształtu. Jest bowiem różnica między parterowym barakiem a dwupiętrową willą i chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć, że w baraku na przykład nie ma poddasza.
Od wyborów minął tydzień z okładem i oto słyszę dyskusje o okienkach na poddaszu. Pierwsza dotyczy gimnazjów, a konkretnie tego, czy mają być zlikwidowane, czy nie. Zwolennicy likwidacji mówią, że takie były zapowiedzi PiS w kampanii wyborczej, a obietnic należy dotrzymywać, przeciwnicy ostrzegają, że likwidacja gimnazjów doprowadzi do utraty pracy przez tysiące nauczycieli. Dla porządku dodam, że nie mam ani dzieci, ani wnuków w wieku gimnazjalnym, więc dyskusja ta interesuje mnie przede wszystkim jako obywatela, który w przyszłości ma nadzieję otrzymywać emeryturę wypracowaną między innymi przez tych dzisiejszych gimnazjalistów.
Tyle że ja bym tę rozmowę zaczął od postawienia pytania, ile pięter ma mieć dom. To znaczy na początek ustaliłbym, czego oczekujemy od systemu edukacji. Odpowiedź na to pytanie wydaje się być banalnie prostą, owóż system edukacji ma w możliwie najlepszy sposób kształcić młodych obywateli, by przystosować ich do dorosłego życia i stworzyć im najlepsze szanse do rywalizacji w przyszłym świecie. W tej odpowiedzi nie jest powiedziane, czy nam są potrzebne gimnazja, nie jest też powiedziane, w jakim wieku dzieci powinny zacząć chodzić do szkoły, ale zauważmy, że i w dyskusji wcale nie chodzi o to, jak powinna wyglądać edukacja najmłodszych. Czy mają sens egzaminy testowe? Czy dzisiejsza szkoła uczy współdziałania? Czy w szkole można rozwijać samodzielne myślenie? Dopóki nie rozmawiamy na ten temat, dopóty cała dyskusja nie ma sensu. Największym problemem dzisiejszych gimnazjów jest to, że prawie 20 lat temu, czyli wtedy, gdy je wprowadzano, też o tym nie rozmawiano.
Podobnym budowaniem domu od okienek na poddaszu jest inna dyskusja, a mianowicie ta prowadzona pod hasłem 500 złotych na dziecko. Jeżeli polskim problemem jest niski przyrost naturalny, to zaręczam, że nie rozwiąże go 500 złotych na jedno czy na więcej dzieci. Jeżeli młode Polki mają dzieci w Wielkiej Brytanii, to nie dlatego, że Brytyjczycy dają im 100 funtów na dziecko. Po pierwsze, na Wyspach w ogóle zarabia się lepiej, co pozwala myśleć o przyszłości w jaśniejszych barwach, bowiem przy wyższych zarobkach całe życie jest stabilniejsze. Po drugie, czy to w Anglii, Szkocji czy Irlandii można stosunkowo tanio wynająć mieszkanie, co sprzyja zakładaniu rodzin i prokreacji, pozwala też łatwiej zmieniać miejsce pracy. Po trzecie wreszcie, jest tam rozbudowany system opieki przedszkolnej, co powoduje, że młoda mama nie jest zakładniczką swoich dzieci. Wypłacenie 500 złotych, i to także tym, którzy zarabiają bardzo dobrze, nie jest żadnym rozwiązaniem problemu polskiej demografii, jest jedynie budowaniem konstrukcji od poddasza.
Takich problemów jest w naszym życiu mnóstwo. Nie rozmawiamy poważnie o wieku, w którym powinniśmy przechodzić na emeryturę, zamiast dyskusji mamy licytację pełnych emocji pohukiwań. Nie rozmawiamy o rosnącym długu publicznym. Gdy pod koniec ubiegłego stulecia Szwedzi zorientowali się, że nie sposób jest żyć na kredyt, bo długi będą spłacały nie tylko nasze dzieci i wnuki, ale nawet prawnuki, ich ówczesny premier wystąpił w publicznej telewizji i nie tylko powiedział, że będzie z tym walczył, ale także powiedział, jak rząd zamierza to zrobić. I Szwedzi to zrobili, bardziej obciążając zamożniejszych obywateli. Ja wiem, że nie jesteśmy Szwedami, ale to wcale nie znaczy, że nie da się z nami rozmawiać poważnie.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze