Gowin przestał być ministrem sprawiedliwości na początku maja, właściwie nie wiadomo dlaczego. Niby powodem był jego negatywny stosunek do związków partnerskich, ale zdanie w sprawie tych związków premier Tusk ma dziś takie samo jak Gowin. Prawdopodobnie między obydwoma konkurentami do przewodzenia PO nie ma zwykłej chemii.
Na ostatnim przed parlamentarnymi wakacjami posiedzeniu Sejmu Gowin i jego dwóch kolegów, czyli posłowie Godson i Żalek, postanowili nie poprzeć rządowego projektu zlikwidowania pierwszego progu ostrożnościowego. Brak tego progu ratuje na krótką metę budżet, ale sposób jego zniesienia jest ryzykowny i precedensowy, i rozumiem wszystkich tych, którzy protestują przeciwko stylowi, w jakim przeprowadzane są zmiany. Inna sprawa, że prawdopodobnie do takiej zmiany doszłoby także przy rządach PiS czy SLD.
Nie umiem jednak odpowiedzieć na pytanie, czy tworząc tegoroczny budżet, minister Rostowski wiedział, że tworzy fikcję, którą w połowie roku trzeba będzie nowelizować, czy się grubo pomylił. W obu przypadkach nie jest to dobre świadectwo kompetencji ministra finansów i – jak rozumiem – właśnie o tym chciał publicznie rozmawiać Jarosław Gowin. Nie spotkało się to z aprobatą ani premiera, ani większości polityków PO. Gowin, Godson i Żalek nie wylecieli z partii tylko dlatego, że Gowin kandyduje w wewnętrznych wyborach w PO.
Tymczasem wydaje mi się, że politycy rządzącej partii zbyt wielką wagę przykładają do tych ostatnich wydarzeń. Niesubordynacja Gowina i jego kolegów ma mniejsze znaczenie niż fakt kontestowania przez byłego ministra całej działalności PO. Oto bowiem Gowin kilka tygodni temu zaproponował premierowi debatę i dyskusję nad pytaniem – po co właściwie istnieje PO? Minęło bowiem 12 lat od założenia tej partii, która wtedy nie była partią, i dziś trudno odpowiedzieć na pytanie: do czego PO dąży.
Jaki świat nam szykuje PiS, z grubsza wiadomo. Pod rządami Jarosława Kaczyńskiego będziemy twardzi wobec Europy i Rosji oraz rozliczymy sprawę katastrofy w Smoleńsku, a winni jej zawisną na szubienicach, no i może jeszcze znacjonalizujemy kilka banków. Ale do czego dąży PO? Nie wiadomo. Gowin, z którym nieszczególnie mi jest po drodze, proponuje swojej partii refleksję i powrót do korzeni, do tych dni, w których Donald Tusk, Andrzej Olechowski i Maciej Płażyński spotkali się w jednym z warszawskich hoteli i postanowili stworzyć na gruzach AWS nowe ugrupowanie. Gowin chciałby – i w tym go całkowicie popieram – by Donald Tusk przypomniał sobie, co go wtedy w polityce raziło. I dlaczego wtedy nie założono od razu partii oraz jak to się stało, że z ruchu obywatelskiego PO zmieniła się w partię wodzowską.
Czy to są oczekiwania nadmierne? Myślę, że nie, ale na pewno denerwujące premiera. Bo odpowiedzi na te pytania nie są proste i oczywiste. W ogóle jestem zdania, że politycy w Polsce za rzadko miewają jakąkolwiek refleksję nad samymi sobą. Gdyby częściej sobie zadawali pytanie: a właściwie po co wybrałem politykę jako sposób na życie? Co myślałem, idąc do swojej pierwszej młodzieżowej przybudówki jakiegoś ugrupowania? Czy byłem wtedy kunktatorem czy może idealistą?
Podejrzewam, że częściej panie posłanki i panowie posłowie byli idealistami. I co z tego idealizmu dzisiaj zostało? Prawda, że odpowiedź na to ostatnie pytanie jest raczej smutna?
Gowin denerwuje
REKLAMA
REKLAMA




















