Nie wolno odpuszczać

0
Grzegorz Miecugow
REKLAMA

Młody mężczyzna wykorzystał fakt, że ochroniarze zwani „Błękitnym Patrolem” ulegli prośbie realizatora, który w trosce o ładny kadr chciał, by nie było ich przed sceną, i w ten sposób zostawili miejsce na akcję zawodowego zadymiarza. Zostałem kilka razy uderzony w głowę, ale generalnie nic złego mi się nie stało. Natomiast efekt całej tej sytuacji uważam za dobry.
Po pierwsze, agresja została natychmiast napiętnowana przez innych uczestników „Przystanku Woodstock”. Było to fantastyczne, przez nikogo nieinspirowane, skandowane przepraszanie za incydent. Po drugie, otrzymałem tyle sygnałów telefonicznych, mailowych, osobistych, dających jasno do zrozumienia, że agresja w życiu publicznym jest nie do zaakceptowania, że jest mi po prostu bardzo miło, tym bardziej że żyjemy w czasach, w których agresja staje się coraz bardziej powszechna.
Przez dziennikarkę jednej gazety zostałem zapytany, czy wybaczę agresorowi. I to pytanie kazało mi się zastanowić. Moje wybaczenie nie ma chyba żadnego znaczenia. Nie o moje wybaczenie bowiem chodzi. Ten mężczyzna był agresywny nie pierwszy raz. Lżył już publicznie i prezydenta, i Jurka Owsiaka, i Jerzego Buzka. Uszło mu to na sucho, więc postanowił zaatakować mocniej. Padło na mnie, ale ja temu człowiekowi nie odpuszczę. Nie chcę, by szedł do więzienia, bo zarzuty wobec niego grożą nawet trzyletnim wyrokiem, ale mam nadzieję, że w jakiś sposób człowiek ten odpokutuje. Może zapłaci 1000 złotych na hospicjum albo przepracuje kilka dni, sprzątając ulice.
Wiem, że reagowanie się opłaca i jest skuteczne. Dwa miesiące temu zostałem zaatakowany publicznie przez innego zadymiarza. Wtedy skończyło się tym, że wezwałem policję, która człowieka tego spisała, a reszta należała już do mnie. Mogłem tego człowieka oskarżyć w procesie cywilnym. Nie zrobiłem tego, bo zwyczajnie nie zdążyłem. Zanim poszedłem na policję, mężczyzna mnie przeprosił. Jak mi ktoś powiedział, był tak zdruzgotany tym, że ktoś (czyli ja) wezwał policję nie godząc się na jego agresję, że po przemyśleniu sytuacji postanowił mnie przeprosić.
Kilka miesięcy temu rozmawiałem z Draginią Nadażdzić, szefową polskiej części „Amnesty International”. Draginia urodziła się w Mostarze. Jest Serbką. Do szkoły chodziła z Bośniakami i Chorwatami. A potem wybuchła wojna. Zapytałem ją, od czego zaczyna się wojna. Odpowiedziała, że od żartów nacjonalistycznych. Czyli od drobiazgów. Ale nie wolno lekceważyć takich drobiazgów.
W 1936 roku porządni Niemcy odwracali głowy, by nie patrzyć na grupki fanatyków rozbijających szyby w sklepach, których właściciele byli Żydami. Kilka lat później doszło do Holocaustu. Nie chcę twierdzić, że dzisiaj też nam coś takiego grozi, ale warto dmuchać na zimne. Nie można zezwalać na chamstwo i agresję w żadnej przestrzeni, także publicznej. Warto natomiast żyć tak, by każdego dnia zostawiać za sobą świat lepszy, niż się zastało.
Na Kępie Potockiej, czyli w miejscu, w którym spaceruję z psem, zawsze znajduję jakąś pustą puszkę czy butelkę i wrzucam ją do kosza. Także w ten sposób świat się staje lepszy.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze