Do tego zawody rozgrywane są na tym samym stadionie, na którym 33 lata temu Władysław Kozakieiwicz zdobył złoto w skoku o tyczce, a szowinistycznej publiczności pokazał „gest Kozakiewicza”, dając tym samym nam, Polakom, dziką satysfakcję i wpisując się na stałe w historię polskiego sportu.
Oglądam więc te mistrzostwa, kibicuję Polakom, ale też nachodzą mnie różne refleksje. Po pierwsze, zastanawiam się, dlaczego zależy mi na tym, żeby moja rodaczka albo mój rodak byli lepsi od innych? Czy to, że najszybciej na świecie biega Jamajczyk powoduje, że myślimy o Jamajce lepiej? Trochę wątpię. Jak sądzę, przeciętny Polak ma spore kłopoty z pokazaniem Jamajki na mapie i nie ma pojęcia, czy to biedny, czy bogaty kraj. I odwrotnie, Jamajczyk też chyba nie wie zbyt wiele o Polsce i żadne sukcesy sportowe Polaków raczej tego nie zmienią. Jest więc sport prawdopodobnie jakąś wielką przenośnią, znacznikiem pokazującym, że moja nacja daje sobie radę w konfrontacji z innymi nacjami i może to być nawet dość oczywiste, chociaż musi zastanawiać, dlaczego to właśnie rywalizacja sportowa jest często ważniejsza niż jakieś inne rywalizacje na przykład na polu sztuki, czy nauki. Dlaczego z napięciem śledzimy jak polski młociarz kręci się w kole, a nie gryziemy palców, patrząc na to, co się dzieje z naszym PKB? Pewnie śledzenie rozwoju gospodarczego jest trudniejsze, ale to wszystkiego nie tłumaczy.
Tak samo jak nie tłumaczy niczego argument mówiący, że ze sportowcem łatwiej jest się identyfikować niż na przykład z naukowcem. Kiedy byłem nastolatkiem, moim idolem był Włodzimierz Lubański, ale też się z nim mogłem identyfikować w wąskim zakresie, bo owszem, grywałem w piłkę, ale na podwórku, a nie na stadionie. Dzisiaj, jako człowiekowi dojrzałemu, jest mi o wiele łatwiej identyfikować się na przykład z polskimi artystami, którzy odnoszą sukcesy za granicą, a jednak to nie jest to samo. Owszem, cieszą mnie sukcesy polskich teatrów na różnych festiwalach, ale to nie są te same emocje. W dodatku wszystko to, co dzieje się w sporcie wyczynowym – i to jest po drugie – jasno dowodzi, że sport na najwyższych obrotach jest nieuczciwy.
Kilka miesięcy temu padła legenda Lanca Armstronga, bo okazało się, że kolarz ten przez całą swoją karierę brał doping i niczego nie zmienia fakt, że prawdopodobnie wszyscy jego rywale też się „koksowali”. Co rusz dowiaduję się, że po 7 czy 8 latach jakiś nasz sportowiec dostał zaległy medal z jakiejś imprezy sportowej, bo po raz kolejny przebadano próbki moczu jego rywali i doskonalsze dziś metody badań pozwoliły udowodnić, że owszem, rywale byli wtedy lepsi, ale brali niedozwolone środki. Na pytanie – czy zachowały się próbki moczu Polaka – niestety nie znam odpowiedzi. Gdy więc z napięciem śledzimy dzisiaj mistrzostwa w Moskwie, to gdzieś z tyłu głowy powinna nam towarzyszyć myśl, że ten zawodnik lub ta zawodniczka, na szyi której wisi złoty medal i dla której grają właśnie hymn narodowy, być może za kilka lat ten medal straci. A podejrzewać dziś można wszystkich, może poza wieloboistami, którzy startują w tak różnych dyscyplinach, że chyba nie wynaleziono na to jeszcze pigułek. Trudno bowiem brać coś na przyrost mięśni, bo mięśniaki nie są w stanie za wysoko skoczyć, albo brać coś na szybkość, bo szybcy wcale nie są w stanie machnąć daleko kulą. Zresztą akurat wieloboistki i wieloboiści wyglądają na tle innych lekkoatletów najbardziej normalnie. No i takie to mam refleksje… A teraz pędzę do telewizora, bo zaraz będzie biegł Usain Bolt (jeszcze nie zdyskwalifikowany).
Refleksje kibica
REKLAMA
REKLAMA




















