Powody wydają się dosyć oczywiste. Krwiożerczy kapitalizm panujący na Kubie w latach 50. ubiegłego stulecia w każdym uczciwym człowieku musiał wywoływać jakąś refleksję – w młodym Fidelu wywołał odruch buntu, co rychło zaprowadziło go do więzienia. Potem reżim Batisty nieopatrznie wypuścił go z więzienia i pozwolił wyjechać z kraju.
Castro wrócił na Kubę kilka lat później razem z Che Guevarą (tym samym, którego podobiznę młodzi ludzie na całym świecie lubią mieć na koszulkach, często zresztą nie wiedząc, kim on był). Przy ogromnym poparciu społeczeństwa obalił Batistę i wprowadził nowe, socjalistyczne porządki. Pierwszą zmianą była reforma rolna, drugą nacjonalizacja zagranicznych przedsiębiorstw, prawie w 100 procentach zresztą amerykańskich. Potem kubańska rewolucja całkowicie wpadła w ramiona ZSRR, a próba zainstalowania na wyspie sowieckich rakiet omal nie zakończyła się wybuchem III wojny światowej, wojny prawdopodobnie nuklearnej, po której świat nie wyglądałby już tak samo.
Po upadku porządku jałtańskiego Kuba została sama. Nie była w stanie podołać gospodarczym wyzwaniom świata. Pogodne i radosne społeczeństwo Kuby nie było w stanie gonić świata przy bzdurnych i krępujących przedsiębiorczość przepisach. Kuba nigdy nie była podobna do Chin, w których komunizm dał się pogodzić z poluźnieniem przepisów dotyczących drobnej przedsiębiorczości. Istotę problemu Kuby oddaje opowieść, całkiem możliwe, że prawdziwa. Oto po kilkugodzinnym przemówieniu Fidela Castro tłum podchwytuje jego ostatnie słowa – „Travaja si, samba no!” (Praca tak, samba nie), i krzyk tłumu powoli ale nieuchronnie przeradza się w rytm samby.
Bilans rewolucji kubańskiej jest dosyć smutny, chociaż niejednoznaczny. Wyspa pełna jest starych amerykańskich samochodów, jakimś cudem jeszcze jeżdżących. Między nowymi budynkami straszą te wybudowane z byle czego w latach 70. i przyciągają oko piękne, nigdy nie remontowane hotele sprzed prawie 100 lat. Społeczeństwo jest biedne, ale czy biedniejsze niż Kolumbijczycy albo Wenezuelczycy? Wątpię. Na pewno Kubańczycy są społeczeństwem najlepiej wykształconym w tamtym regionie, bowiem postulat wyrównywania szans na starcie był na Kubie wprowadzany w życie. Z tego, co czytam w specjalistycznych opracowaniach WHO, gdyby służba zdrowia była na Kubie bogatsza, to byłaby jedną z najlepiej zorganizowanych na świecie. Ale Kuba jest biedna, kilka lat temu wręcz stała na skraju bankructwa.
To spowodowało, że następca Fidela, jego młodszy o 5 lat brat Raul, musiał odchodzić od rewolucji, otwierać Kubę na świat, czytaj na Stany Zjednoczone. To się Fidelowi oczywiście nie podobało, ale pod koniec życia nic już z tym nie mógł zrobić. Musiał rozumieć, że w sumie rewolucja się nie udała. Tak jak zbankrutował niewydajny ZSRR, tak teraz na jego oczach bankrutowała Kuba. Tyle że ZSRR upadał w czasach, gdy ci, którzy przy jego zakładaniu mieli jakieś ideały, dawno już nie żyli, najczęściej zresztą zgładzeni przez własnych towarzyszy. Natomiast Fidel Castro musiał mieć w pamięci czas, gdy przypłynął na Kubę z Meksyku, by założyć partyzantkę w górach Sierra Maestra. Wtedy wszystko było proste i jasne. Castro bił się za sprawiedliwość społeczną i za ideały przelatujące co pewien czas przez świat – Wolność, Równość, Braterstwo! Ale potem przyszła proza życia. Kogoś trzeba było uciszyć, wysyłając go gdzieś, na początku za granicę, potem niekiedy na tamten świat. Czasem trzeba było – dla dobra sprawy, a jakże! – wsadzić kogoś do więzienia, być może nawet do tego samego, w którym w 1953 roku siedział sam „El Commandante”. Gdy dodamy do tego, że od 1959 roku tysiące Kubańczyków uciekło, najczęściej do USA, to skala porażki Fidela Castro będzie jeszcze bardziej wyraźna.
Czy stary rewolucjonista, który miał jednak krew na rękach i nie była to tylko krew wrogów rewolucji, zdawał sobie z tego sprawę? Moim zdaniem tak. Czy gdyby wiedział to 60 lat temu, to wszystko to nie stałoby się? Tego się nigdy nie dowiemy, bo nie ma historii alternatywnej.
Travaja si, samba no
REKLAMA
REKLAMA




















