A przecież nie ma żadnego cennika, który pokazuje, za co można być zbawionym, a za co potępionym. Podejrzewam, że – jeżeli piekło istnieje – wiele osób przekonanych, że działa bogobojnie i sprawiedliwie, mocno się zdziwi, gdy koniec końców wyląduje w piekielnej smole. Czy spotka się tam z ministrem Szyszką? Tego oczywiście nie wiem, ale ewentualność taka jest jednak wielce prawdopodobna. Czy jednak powodem będzie WWD? Niekoniecznie.
Pan minister dał się bowiem poznać jako wysoce niekonwencjonalny obrońca przyrody. To on z zapałem rżnie Puszczę Białowieską, co prawda nie osobiście, ale siła podpisu często bywa większa niż siła pił. To on godzi się na odstrzał żubrów, oczywiście mając na celu tych żubrów dobro. To on wreszcie doprowadził do wybudowania w Polsce setek kilometrów ekranów przy autostradach. Złośliwi twierdzą, że te ekrany powstały głównie po to, by nie było z autostrady widać WWD, ale to nie jest prawda. Przejechałem ostatnio kilkaset kilometrów polskimi drogami (na galę wręczenia Złotych Róż TEMI, laureatom jeszcze raz gratuluję) i na własne oczy widziałem, że WWD dotyczy przede wszystkim miast, i to raczej tych większych, w których deweloperzy ciągle jeszcze mogą mieć duże zyski, budując coś na atrakcyjnych działkach. Lasy, poza Puszczą Białowieską rzecz jasna, na razie nie stały się celem hufców pilarzy.
W sprawie nieszczęsnego prawa przyjętego przez Sejm w tę pamiętną noc grudniową w Sali Kolumnowej pod nieobecność posłów opozycji trzeba sobie jasno powiedzieć, że drzew nie wycina PiS. Drzewa wycinamy my, obywatele, którzy jak Polska długa i szeroka uważają, że każdy ma prawo rżnąć sobie, co chce, pod warunkiem że robi to na swojej działce. PiS usankcjonowało jedynie to zgubne przekonanie. Zgubne, bo tam, gdzie w grę wchodzi przestrzeń publiczna, prawo własności powinno być ograniczone. Ba, nie tylko powinno być, ale w cywilizowanym świecie jest. Jeżeli ktoś myśli, że Szwajcar czy Austriak może sobie wyciąć każde drzewo rosnące na jego działce, to jest w głębokim błędzie. W Polsce właściciel też był od lat ubezwłasnowolniony, i to niekiedy przesadnie. Na terenie mojej sąsiadki rośnie wierzba, Dzisiaj są to jej resztki, ale parę lat temu to drzewo było olbrzymie. Sąsiadka zdawała sobie sprawę z tego, że wierzba może nie wytrzymać większej wichury i zwróciła się do władz dzielnicy o zezwolenie na jej wycięcie. Zgody takiej nie dostała, i wkrótce drzewo zawaliło się na mój dom. Za szkody zapłacił ubezpieczyciel, ale gdyby w jakiejś części finansowo był odpowiedzialny także urzędnik, to wydawałby decyzje z większym poczuciem realizmu.
Dzisiaj można wycinać co się chce. I wycinamy, bo nasze poczucie estetyki jest chyba ciut niżej w hierarchii ważności niż skłonność do liczenia zysków. W ogóle z tym poczuciem estetyki mamy ogromny kłopot. I tu znów wrócę do Szwajcarii i Austrii. Czy państwo myślą, że małe miasteczka w tych krajach są takie ładne i wymuskane dlatego, że ich mieszkańcy są tak wyrobieni estetycznie? Być może w jakiejś części tak jest, ale w Austrii czasami z ogródka popatrzy przecież na nas koszmarny gliniany krasnal. Bo krasnale nie są tam zakazane. Ale na przykład przeciętny Austriak, gdy buduje dom, to nie położy na nim niebieskiego dachu i to nie dlatego, że ma do niebieskiego jakąś awersję. Lokalne prawo mu na to nie pozwoli. W naszym kraju niebieskie dachy są codziennością. Seledynowe ściany też przyciągają wzrok. Prawdziwy festiwal dzieje się w kategorii płotów. Od skromnych drewnianych, przez wymyślne połączenia kamienia i żeliwa, aż do wściekle różowych form betonowych. Od Sasa do Lasa. Dlaczego? Bo nikt tego nie pilnuje. Bo nie ma planów zagospodarowania przestrzeni. Bo jak ktoś ma kawałek ziemi, to może tam postawić wszystko, z najbardziej koszmarną reklamą na czele. I tego nie narzuca nam żadna władza. To sobie, niestety, robimy sami.
Zacznijmy od siebie
REKLAMA
REKLAMA




















