Nie myślę tu ani o tym, co się dzieje w Stanach Zjednoczonych za sprawą zbliżania się ery Donalda Trumpa, ani o naszych polskich awanturkach, bo serial „Utrupianie Trybunału Konstytucyjnego” trwa już od kilku miesięcy i – przynajmniej na razie – nie widać jakiegoś zwrotu akcji, a awantura o odczytywanie lub nie listy ofiar katastrofy smoleńskiej podczas obchodów kolejnej rocznicy powstania warszawskiego jest dla mnie tak kompletnie niezrozumiała (przede wszystkim nie wiem, po co to PiS‑owi), że niezwykle trudno byłoby mi się do niej odnieść. Ale to są zwykłe wydarzenia polityczne, w Stanach wynikające z kalendarza politycznego, a w Polsce związane z faktem, że Sejm nie rozjechał się jeszcze na wakacje.
Gdy mówię o końcu sezonu ogórkowego, to myślę przede wszystkim o dwóch kolejnych zamachach terrorystycznych w Bawarii, czyli całkiem blisko nas. Oba miały wiele podobieństw. Zamachów dokonywali młodzi mężczyźni, by nie powiedzieć chłopcy. Obaj pochodzili spoza Europy. Jeden przyjechał z Afganistanu (niektóre źródła mówią, że z Pakistanu), a drugi urodził się co prawda w Niemczech, ale czuł się Irańczykiem. Obaj działali samotnie, co zresztą upodabnia te wydarzenia do ataku Tunezyjczyka w Nicei, obaj – znowu tak jak w Nicei – używali przedmiotów nie tyle codziennego użytku, co łatwo dostępnych. Afgańczyk machał w pociągu siekierą, Irańczyk miał co prawda pistolet, ale nie jest to broń szczególnie egzotyczna. Ten ostatni zamach wiązany jest co prawda z psychicznymi problemami agresora, ale coś mi się nie chce wierzyć, by nie miał on związku z wcześniejszymi zamachami i w ogóle z atmosferą wzywania przez tak zwane Państwo Islamskie do atakowania niewiernych, gdzie tylko się da i kiedy tylko nadarzy się okazja.
Co z tego wynika? Ano w pierwszym rzędzie to, że chyba musimy być przygotowani na to, że akty terroru staną się codziennością. A skoro tak, to musimy nauczyć się z tym żyć. Jak? Ano tak jak nauczyli się z tym żyć Żydzi w Izraelu. Tam każdy obywatel wie, jak się zachować, gdy zachodzi podejrzenie ataku terrorystycznego, i co zrobić, gdy do takiego ataku doszło. Obywatele Izraela potrafią udzielać pierwszej pomocy, a dzieci są uczone w szkole nie tylko tego, jak zakładać opatrunki, ale także tego, jak obchodzić się z bronią. Każdy, kto był w Izraelu, widział na ulicy młodych umundurowanych ludzi z bronią w ręku, bo w tym państwie – właśnie z powodu zagrożenia terroryzmem – służba wojskowa jest obowiązkowa i to dla obu płci. Czy w związku z tym życie w Izraelu jest nieznośne? No jednak nie. Wszystko toczy się w miarę normalnie, a turyści nie mają poczucia bycia w kraju w stanie wojny.
Oczywiście jest różnica między Izraelem a Europą. Izrael jest państwem niedużym. Europa jest ogromna. W Izraelu, mówiąc w pewnym uproszczeniu, żyją dwa narody, w Europie narodów jest pełen wachlarz. Ale próbować przygotować się do życia na tykających bombach chyba jednak będziemy musieli. A to znaczy, że powinniśmy wprowadzić do szkół przedmiot pod nazwą „Pierwsza pomoc”, a może „Samoobrona” (i uczyć go lepiej, niż dziś uczymy w Polsce historii). Niestety program edukacyjny przynosi efekty dopiero po jakimś czasie, i bardziej są to lata niż miesiące, a pytanie brzmi, jak sobie z tym radzić teraz. Wydaje mi się, że przede wszystkim nie powinniśmy się z tym oswoić. Zło, które powtarza się permanentnie, przestaje szokować. Na przykład na naszych drogach każdego tygodnia ginie około 100 osób. I na nikim nie robi to specjalnego wrażenia, a proszę sobie wyobrazić jak byśmy przyjęli informację, że jakiś szaleniec zastrzelił 100 osób w jakimś naszym centrum handlowym. No przecież szok byłby niewyobrażalny. A przecież tych 100 zabitych na naszych drogach to fakt, a nie hipoteza. Wszyscy mają swoich bliskich, którzy ich opłakują, wszyscy mieli jakieś miejsce na świecie, więc ich strata jest faktem a nie imaginacją. Nie chciałbym żyć w świecie, w którym zamach terrorystyczny nikogo nie porusza, bo jest po prostu częścią naszego życia.
Życie z terrorem
REKLAMA
REKLAMA




















