Seksowne pistolety

0
borowiec
REKLAMA

Ruch punk był przede wszystkim zjawiskiem natury socjologicznej, choć muzycznej oczywiście też. W Wielkiej Brytanii za sprawą Sex Pistols po raz pierwszy w historii zaatakowano ze sceny podstawowe instytucje państwowe i społeczne. Wiosną 1977 roku, kiedy cała Anglia przygotowywała się do uroczystych obchodów 25‑lecia panowania królowej Elżbiety II, wydano płytkę Pistoletów – God Save The Queen. Singel ten był dla establishmentu oburzający i skandaliczny. Uznany został za parodię hymnu brytyjskiego i stał się policzkiem wymierzonym największej świętości Zjednoczonego Królestwa – instytucji monarchy.
Pistolsi szokowali i słowem, i sposobem zachowania. Ich teksty oscylowały na granicy niecenzuralnego żargonu przedmieść i rynsztokowych odzywek. Manager grupy, Malcom McLaren twierdził: piękne słówka mogą co najwyżej opisać nowy rodzaj uczesania. Johnny Rotten dodawał: tylko dosadne, znienawidzone przez mieszczaństwo słowa są w stanie oddać to, co czuje młodzież. Zespoły‑milionerzy śpiewali o miłości i swoich prywatnych sprawach. To bzdura. Nie śpiewa się o miłości ludziom żyjącym z zasiłków dla bezrobotnych.
Pistolety nie zajmowały się w swoich piosenkach idealną miłością czy opiewaniem piękna świata. Ich programowy antyestetyzm objawiał się w tekstach traktujących seks bez eufemizmów i bez dwuznaczności charakteryzującej konfekcyjny rock i dyskotekową sztampę. Kapela stała się wyrazicielką poglądów sfrustrowanej młodzieży pochodzącej z najuboższych warstw brytyjskiego społeczeństwa, a więc tej grupy, która odczuła najdotkliwiej skutki kryzysu ekonomicznego, jaki dotknął Albion w połowie lat siedemdziesiątych.
Muzycznie Pistolsi byli tacy sobie, o wiele mocniejsze w muzycznym rzemiośle okazały się kapele takie jak Clash czy Stranglers. Ale punk nie miał być muzyką rockowych wirtuozów. Natchnieniem punk rockersów stał się rock’n’roll lat pięćdziesiątych, którego prostota sprzyjała ich ewidentnym niedostatkom w wykształceniu muzycznym oraz ograniczonym możliwościom technicznym. Prosta, uboga linia melodyczna oparta na szybkim bicie była podporządkowana dwóm lub trzem zmianom akordowym, a wspomniane braki w rzemiośle były tuszowane podczas występów aparaturą wzmacniającą. W 1978 roku na łamach miesięcznika Jazz Jurek Drevenberg tak opisywał koncert Pistoletów w Sztokholmie: wokalista Jonny Rotten, ubrany w koronkową, wypuszczoną na wierzch koszulę, ma włosy przefarbowane na kolor czerwony, obficie skropione brylantyną. Bez przerwy krzyczy do publiczności „Shut up! ”. Basista Sid Vicious pokazuje groźne grymasy. Jest rozebrany do pasa, na szyi wisi mu krawat. Próbuje nadążyć w rytmie ogłuszającej muzyki, lecz nie bardzo mu się to udaje. Perkusista Paul Cook i gitarzysta Steve Jones są ukryci w cieniu, w głębi sceny.
Jeśli chodzi o dokonania płytowe, grupa pozostawiła po sobie właściwie jedną duża płytę – Never Mind The Bolloks, Here’s The Sex Pistols. Ale za to, co się zresztą rychło okazało, album został uznany za jeden z najważniejszych krążków w dziejach rock and rolla. Do dziś plasuje się bardzo wysoko we wszelkiego rodzaju rankingach dotyczących rock and rollowych płyt wszech czasów. Krążek zaowocował dwoma punkowymi hymnami, wspomnianym God Save The Queen oraz Anarchy In The U.K. Stylowe, jak na punk, riffy, klasyczny, punkowy walking basowy i oczywiście obrazoburcze teksty niedbale wypluwane przez Johnny Rottena, oto krótkie podsumowanie tego krążka.
Kiedy spogląda się na burzliwą historię grupy, trzeba przyznać, że manager zespołu bardzo skutecznie zatarł granicę między kreacją, czy wręcz mistyfikacją, a prawdziwym obliczem zespołu. Po latach, ku oburzeniu Pistoletów, McLaren twierdził wręcz, że wymyślił od początku do końca Sex Pistols. Rzecz to dyskusyjna, trzeba jednak przyznać, że trudno byłoby niewykształconym i średnio utalentowanym chłopcom z londyńskich nizin proletariackich zaistnieć w show biznesie bez cwaniackich, a przy tym bardzo skutecznych gierek McLarena.
Pamiętam, że kiedy wybuchała tamta punkowa rewolta, byłem raczej obok niej. Jako starszy nastolatek – wychowany na klasycznym rocku – czułem się bliżej minionych czasów „dzieci kwiatów”. A Pistolsi? No cóż, ich punk gryzł i opluwał, wyszydzał i ośmieszał, w dużym stopniu czynił to prawdziwie, muzycznie jednak nigdy mnie nie porwał.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze