Jak omamić starszego pana?

0
matrymonialna oszustka
matrymonialna-oszustka
REKLAMA

Sama twierdzi, że lubi starszych panów i uprzyjemnia im życie. Że nie bezinteresownie? Cóż, nikt nie jest doskonały. W każdym razie prawa nie łamie…
Nazwijmy ją Anna. Kiedyś miała męża. Dawno temu. Zniknął gdzieś, nawet specjalnie nie starała się dowiedzieć czegoś bliższego o jego losach. Ktoś komuś mówił, że widział go w Niemczech, ponoć założył rodzinę. Rozwód? Nie mają, nie interesowała się tym, podobnie jak losami byłego.
– To był taki fajtłapa, choć dość zamożny. Matka chciała mieć go za zięcia, to się zgodziłam. Wytrzymałam pół roku i poszłam w tango na miesiąc – opowiada. – Był nudny, tylko robota, dom, obiadki… A ja miałam 22 lata i chciałam korzystać z życia. Poznałam wtedy jednego doktora i zabrał mnie na dwa tygodnie na Mazury, później był jego kolega… Wróciłam, ale nie na długo. Później byli kolejni i kolejne wypady – z przerwami kilka, kilkanaście dni… Mój fajtłapa prosił, przekonywał, dla świętego spokoju się z nim zgadzałam, a później znowu mnie niosło… Wytrzymał dwa lata, a później go wcięło.

Ja dla ciebie zrobię wszystko…
Nie przejęła się, ale trzeba było z czegoś żyć, zwłaszcza że potrzeby miała duże, a praca jej nie pociągała. Nawet gdyby, to co miała robić? Mieszkanie miała, bo fajtłapa im kupił, ale trzeba było je i siebie utrzymać, a jej jedynymi atutami były młodość i uroda. Wtedy pojawił się Jan.
63‑latka poznała w aptece. Upuścił kupowane lekarstwo, podniosła i podała. Niezobowiązująca rozmowa, uśmiechy, widoczne zainteresowanie ze strony mężczyzny. Być może jej losy potoczyłyby się inaczej, gdy przypadkowo nie spotkała go kilka dni później w sklepie. To on ją rozpoznał, przypomniał się. Rozmowa, komplementy, zaproszenie na kawę. Dowiedziała się, że ponad 30 lat pracował w USA, ma amerykańską emeryturę, niedawno wrócił. Zainteresowała się, nie odmówiła, gdy zaproponował kolejne spotkanie. Potem poszło błyskawicznie. Spotkania, prezenty, wspólny wyjazd, pierwsza wspólna noc…
– Miał żonę, powiedział prawie od razu. Nie widziałam problemu – opowiada Anna. – Już po kilkunastu dniach widziałam, że zrobi dla mnie wszystko. Napomknęłam o długach po byłym mężu i problemach z tym związanych, zaraz zaoferował pomoc i pożyczkę. Nie odmówiłam.
Jan zakochał się jak nastolatek. Nie upłynęły dwa miesiące znajomości, gdy zaproponował wspólne zamieszkanie. Gdy oponowała mówiąc, że jej mieszkanie jest za małe, a w jego jest żona, stwierdził, żeby sprzedała, a o on dołoży do większego. Były problemy ze sprzedażą, bo to współwłasność, a męża‑fajtłapy nie było, ale odpowiednie sumy dla odpowiednich ludzi zrobiły swoje. Jan dołożył prawie 100 tys. zł i już mieli swoje ponad 60‑metrowe gniazdko.
Idylla trwała ponad sześć miesięcy, zakłócana tylko przez żonę Jana. Przychodziła, telefonowała, próbowała przemówić mu do rozsądku, ale bez skutku.
Żona Jana: Chłop normalnie oszalał na punkcie tej baby. Zwyczajnie go naciągała, a on gotów był dla niej na wszystko. To mieszkanie też zapisane było na nią. Poszłam do adwokata, ale tylko rozłożył ręce i stwierdził, że jedynym rozwiązaniem byłoby ubezwłasnowolnienie, ale nie ma przesłanek. Znajomy policjant powiedział, że nie ma łamania prawa i trzeba czekać, aż mężowi przejdzie. Nic nie mogłam zrobić.
Dostanie życie poważnie uszczupliło konto Jana, przebąkiwał coś o oszczędzaniu, że się rozwiedzie i wezmą ślub… Dla Anny był to sygnał do odwrotu. Nie czekała długo. Pewnego dnia zmieniła zamki w mieszkaniu, zapakowała rzeczy Jana i zapłaciła taksówkarzowi, żeby dostarczył je do żony.
– Przez kilka tygodni nie mógł zdać sobie sprawy, że to koniec. Wystawał przed drzwiami, błagał, mówił o swoim uczuciu, o naszych planach, że nie może żyć bez widywania mnie. Powiedziałam, że przestałam go kochać i żeby przestał, bo wyjadę do innego miasta.
Jan wrócił do żony, zaprzestał nachodzić Annę, ale długo widywała jego sylwetką, gdy usiłował ją ukradkiem z oddali obserwować. Żona namawiała go, aby oskarżył Annę o oszustwa i naciąganie, sądownie zażądał zwrotu pieniędzy, ale zdecydowanie odmówił.

REKLAMA (3)

Dobry sposób na życie
Potrzeba jest matką wynalazków, więc Anna szybko doszła do wniosku, że znalazła sobie dobry sposób na życie. Zweryfikowała tylko trochę zasady dotyczące kolejnych „narzeczonych”. Oczywiście w pierwszym rzędzie musieli być majętni, ale postanowiła wyszukiwać raczej samotnych, na pewno bez żon, a najlepiej bez bliższej rodziny na miejscu.
– Z kandydatami problemu nie miałam, tego towaru jest sporo na rynku – uśmiecha się. – Starsi panowie lgnęli do mnie jak muchy do miodu. Wystarczyło trochę zainteresowania, opiekuńczości, mniejszego lub większego udawania uczuć… Seks? Też. Ale wielu nie było aż tak bardzo zainteresowanych. Wiek robi swoje, stan zdrowia wyklucza pigułki. Wystarczyło pocałować, poprzytulać się, potrzymać za rękę…
Jak prostytutka? Dlaczego? Ja im dawałam możliwość przeżycia na starość nowego uczucia, życie na nowo nabierało dla nich sensu, przypominali sobie młodość, stawałam się ich życiowym celem, wyzwaniem. Pieniądze? Jak idziemy do kina, to trzeba zapłacić za bilet, ja im dawałam trochę filmowych złudzeń w realnym życiu, a oni mi to wynagradzali.
Ilu ich było? Oj, nie pamiętam, nie prowadzę pamiętnika. Przez te grubo ponad dwadzieścia lat na pewno więcej niż kilkunastu. Najdłużej trwało to 2,5 roku, najkrócej sześć tygodni, bo mój „narzeczony” dostał zawału podczas wycieczki w Tatry i kilka dni później zmarł w szpitalu.
Czy ich lubiłam? Na swój sposób tak. Niektórzy byli naprawdę mili i opiekuńczy, inni chcieli się tylko pokazać w gronie znajomych z niezłą laską, jeszcze inni od lat nie mieli kogoś bliskiego i spadałam im jak z nieba…
Problemy? Raczej nie było. Część wiedziała, że to nie jest „na zawsze”, część informowałam, że już nie jestem zakochana i trzeba się rozstać. Z reguły nie było awantur, szlochów. Gdy któryś zbyt ostro zaczął mówić o tym, ile na mnie wydał lub wręcz domagać się zwrotu pieniędzy, pakowałam się i znikałam na kilka tygodni.

REKLAMA (2)

Nie wiesz, z kim zadzierasz
Jeden raz Anna nagięła trochę swoje zasady dotyczące niewiązania się z „narzeczonymi” z rodziną i mogło się to dla niej źle skończyć. Czynny jeszcze biznesmen, 70‑letni wdowiec, na którego zagięła parol, miał dwóch synów. Gdy zorientowali się, że ojciec spotyka się z jakąś kobietą i zaczyna przebąkiwać o małżeństwie, odezwał się u nich alarm: zagrożony spadek.
– Pojawili się u mnie obydwaj. Nie przebierali w słowach: powiedzieli, że wiedzą, kim jestem, z czego żyję, i żebym się wycofała z tej znajomości, a oni mi za to zapłacą. Padła dość spora kwota, ale tak trochę z przekory stwierdziłam, że kocham ich ojca i mam zamiar za niego wyjść. Odpowiedzieli, że nie wiem, z kim zadzieram i wyszli.
Dwa dni później nieznany sprawca rozbił wszystkie szyby i poprzebijał opony w samochodzie Anny. Domyśliła się, o co chodzi, potwierdził to telefon od synów. Powiedziała, żeby się odwalili… Na drugi dzień napadnięto ją na ulicy. Napastnicy solidnie obili jej twarz, złamali obojczyk, miała pękniętą kość przedramienia, kilka dni spędziła w szpitalu. Stwierdziła, że to nie przelewki, zatelefonowała do biznesmena i zerwała znajomość. Długo ją jeszcze przekonywał, pytał o powody, chciał się spotykać, ale wolała nie ryzykować…
– Co dalej? A co ma być? Choć już pięćdziesiątka stuknęła, to nieźle się trzymam, dają mi czterdzieści. Pociągnę tak jeszcze parę lat. Oszczędności mam już sporo, od paru lat ludzie prowadzą mi kwiaciarnię, żebym miała jakieś pokrycie. O starości nie myślę. Rodzina? Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu – nie moja bajka…

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze