Emeryt w Europie 36

0
Plaża Emeryt
REKLAMA

Trochę minęło zanim opuściliśmy nieco zatłoczone o tej porze drogi regionu madryckiego i wpadliśmy w monotonię krajobrazu Wyżyny Kastylijskiej lub inaczej Starej Kastylii.

Krajobraz jest mało zmienny, więc gramy w karty. Prowadzi Bob, a około godz. 15 zmieni go Grześ. Niestety, brak czasu nie pozwala na odbicie w lewo, na zachód, by zwiedzić swojsko brzmiącą prowincję Galicję. Pod wieczór wjeżdżamy w styk Gór Iberyjskich i Kordyliery Centralnej. Za szybą widać ośnieżone szczyty. Według mapy, gdzieś w pobliżu powinna być Przełęcz Samosierra, bliska naszej pamięci historycznej. Około godz. 21 zatrzymujemy się na przydrożnym parkingu przy stacji paliw na nocleg. Przy włączonym grzejniku szybko robi się ciepło. Kolacja i pogaduszki przy drinkach.

W nocy 5 stopni powyżej zera, rano też, dopóki słońce nie zacznie mocniej przygrzewać. Kazimierz serwuje jajecznicę z 12 jaj na szynce i opowiada, że w Polsce zapowiadają temperatury powyżej 20 stopni. Może zdążymy na to ocieplenie, bo tutaj może będzie około 10 stopni.

Teraz znowu za kierowcę robi Bob, a drugą zmianę przejmie Grześ. Burgos omijamy bokiem. Krajobraz zaczyna się powoli zmieniać, gdyż wjeżdżamy w dolinę rzeki Ebro. My, emeryci, pamiętamy tę nazwę z czasów PRL-u, kiedy wtłaczano nam epos pseudobohatera generała Waltera i brygad międzynarodowych podczas wojny domowej w Hiszpanii. Pojawia się mżawka i mgła. W tym dorzeczu wielokrotnie przejeżdżamy przez wijącą się rzekę Orla. Bokiem mijamy kompleks miast z Bilbao i kierujemy się do nadmorskiego San Sebastian. Teren gwałtownie zaczyna się wznosić. Wkraczamy w Pireneje i od razu na niebie pojawia się słońce. Tutaj, w przeciwieństwie do centralnej części kraju, mijany teren jest trochę odmienny. Też dużo nieużytków, ale pojawiają się dość znaczne połacie lasów. Nie ma już mojej ulubionej pinii, a drzewostan tworzą drzewa przypominające rodzime brzozy, sosny czy klony. Tak to widać przez szybę pędzącego ponad 100 km/h drogą szybkiego ruchu samochodu. Mijamy odsłonięte kopalnie albo osuwiska. Droga prowadzi przez kilka tuneli, skalne wąwozy o pionowych, odsłoniętych zboczach i porośniętych lasem szczytach. Według mapy jesteśmy na wysokości około 500 m n.p.m, ale poniżej górnej granicy lasów w tym klimacie. Od wyjazdu z Krakowa mam na podorędziu mapę samochodową Europy i codziennie zarówno podczas jazdy, jak i na postojach studiuję ją i nanoszę trasę przejazdu oraz miejsca i daty noclegów.

REKLAMA (2)

Po ominięciu San Sebastian w drugim przyległym miasteczku zatrzymujemy się przy dużym supermarkecie z kompleksem różnych sklepów branżowych i firmowych, z nadzieją na tańsze zakupy w pasie przygranicznym. W jednym ze sklepów kupuję litrowego amerykańskiego burbona na prezent dla kolegi, który podczas mojej nieobecności opiekuje się mieszkaniem i podlewa kwiaty. Od supermarketu przejeżdżamy jedno rondo i już jesteśmy we Francji, a konkretnie w Gaskonii. Od razu skojarzenia z bohaterami znanych, o ile nie z przeczytanych, to z licznych ekranizacji powieści A. Dumasa. Fakt, że jesteśmy we Francji poznajemy po napisach na znakach drogowych.

Jest dobrze po godz. 16, gdy po kilkuset metrach jazdy stajemy po raz pierwszy w korku ulicznym (nie liczę centrum miast). Otoczenie stanowią drzewa, a pomiędzy nimi zielone ściany uzupełniają wysokie krzewy. Nad nami korony drzew zachodzą prawie na siebie, poruszamy się kilkumetrowymi dojazdami w zielonym tunelu ponad godzinę. Z nudów, a że jest nas czterech na 125 koniach mechanicznych, przydzielamy sobie role muszkieterów. Z racji wieku Bob dostaje rolę Gaskończyka, Kazimierzowi z racji postury przypada Portos, mnie jako najstarszemu Atos, a Aramis pozostaje dla Grzesia. Nadmorska droga w kierunku Bayonne prowadzi przez dwie miejscowości. Tam spotyka nas jedyna konfrontacja z policją (mundurowy sprawdzający wnętrze samochodu na granicy włosko – francuskiej należy do służby granicznej). Tuż przed Bayonne zauważam przez szybę dużą piaszczystą plażę i krzyczę z zachwytu. Przypuszczam, że prowadzący samochód Grześ też ją widzi, bo przy pierwszej możliwości zawraca i wjeżdża w wąskie uliczki prowadzące do miejsc parkingowych przy plaży. Niestety, wszystkie mają ograniczenia wjazdu na wysokości 1,9 m, ale ostatnia jest uniesiona tak, że możemy wjechać.

Jest tuż przed godz. 18. Gdy tylko wysiadamy z samochodu, podjeżdża młodzieniec na rowerze i zaczyna opuszczać poprzeczkę i zamykać ją na klucz. Bob z Grzesiem chcą interweniować, ale facet traktuje ich wzruszeniem ramionami. On wykonuje swoją pracę, a my możemy przenocować i czekać do rana, aż ktoś łaskawie nas wypuści.

REKLAMA (3)

No to ugrzęźliśmy. Na spokojnie koledzy udali się zamoczyć nogi, a ja udałem się w poszukiwaniu możliwości wyjazdu wzdłuż uliczek doprowadzających do plaży. Niestety, wszystko było pozastawiane słupkami, żywopłotami, klombami, parkanami, nie było możliwości przejazdu kamperem. Swoje poszukiwania zakończyłem na wąskim mostku tylko dla pieszych i rowerów, nad wybetonowanym ściekiem toczącym zgniłozieloną, brązową ciecz ścieków komunalnych, nieoczyszczonych, prosto do morza tuż przy końcu plaży, gdzie zaczynały się kamienie cypla zatoki. Gdy wracałem, do kampera podjechał wóz policyjny…

Emeryt w Europie 36

Zdjęcie 2 z 8

Pomnik przy przydrożnym parkingu

Ferdynand Wróbel
Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA