Początki były niewinne. – Trochę stresu na początku studiów, wysoko narzucona przeze mnie poprzeczka pod względem wyglądu i stało się – opowiada w rozmowie z TEMI 23-letnia Lilia z Tarnowa, która kilka miesięcy temu otarła się o śmierć. Dziś dostała od losu drugie życie, lecz powrót do normalności jest jeszcze daleką drogą. Młoda tarnowianka znajduje się w trakcie intensywnej terapii i leczenia.
– Gdy zaczęłam się odchudzać, byłam szczupłą dziewczyną, a mnie się wtedy wydawało, że jest inaczej. Po trzech latach byłam na granicy życia i śmierci. Nie byłam w stanie nic jeść, straciłam smak i apetyt, a mój organizm zaczynał odmawiać posłuszeństwa. To, do czego się doprowadziłam, było w mojej głowie. Dziś to wiem, dziś mam świadomość, co dla mniej samej jest ogromnym sukcesem – dodaje tarnowianka, która wraz ze sztabem specjalistów walczy o każdy dodatkowy kilogram. Od najbardziej krytycznego momentu do teraz przytyła niecałe 4 kg. – To sukces – oznajmia.
Matka Liliany nie kryje, że w domu dochodziło do trudnych momentów. – Przekonywanie córki, że jest szczupła i je zbyt mało, aż wreszcie prawie nic, na nic się zdawało. Podsuwałam jej różne potrawy, licząc, że czegoś spróbuje, a ona reagowała buntem. Nigdy nie zapomnę, jak przygotowałam jej sałatkę ze świeżych warzyw, którą posypałam nasionami. Usłyszałam, że czegoś tak kalorycznego na pewno nie zje, zaczęłam więc wyciągać nasiona z sałatki, a ona uznała, że one przecież już dotknęły warzyw, więc to nie dla niej – opowiada.
Nie jadła prawie nic
Lilia stopniowo zmniejszała dawki żywieniowe, a żołądek, który na początku domagał się jedzenia, oszukiwała kawą i wodą. – Doszło do tego, że w ciągu całego dnia zjadałam najwyżej pół kromki chleba i miałam wyrzuty sumienia, bo mi się wydawało, że to i tak za dużo. W końcu wylądowałam w szpitalu. Gdy zaczęło się drętwienie nóg, poprosiłam tatę, żeby mnie tam zawiózł. Byłam w bardzo złym stanie, mój wskaźnik BMI, czyli wskaźnik masy ciała, był na poziomie krytycznym. W ten sposób zaczęła się moja walka o powrót do normalności. Na początku, w szpitalu, byłam dożywiana pozajelitowo – wyznaje.
Dziś tarnowianka korzysta z terapii farmakologicznej, psychologicznej, spotyka się z psychodietetykiem. Dotarcie do specjalistów nie było jednak proste, gdyż większość nie chciała się podjąć leczenia ze względu na znaczne wyniszczenie organizmu. – Problem polega też na tym, że w Polsce nie ma refundowanego leczenia anoreksji. Pozostają kliniki prywatne, które i tak odmawiały córce pomocy. Ktoś, kto nie ma pieniędzy, jest skazany na śmierć – uzupełnia matka dziewczyny.
Lilia twierdzi, że miała dużo szczęścia. Nie tylko dlatego, że w końcu znaleźli się ludzie, którzy wyciągnęli do niej pomocną dłoń, lecz także z powodu znaków, które dawał jej los. – Będąc w szpitalu podszedł do mnie pewien mężczyzna. Opowiedział mi historię swojej siostry – anorektyczki, której już od jakiegoś czasu nie ma wśród żywych. Patrzył na mnie i mówił, że wyglądam tak jak ona – dodaje tarnowianka.
Lęk przed jedzeniem większy niż przed śmiercią
Zdaniem specjalistów, praca z osobą chorą na anoreksję to codzienna konfrontacja z chorobą, która przejmuje głos i wolę pacjenta. To jedna z najbardziej wymagających form terapii – nie dlatego, że pacjent „nie chce współpracować”, ale dlatego, że jego lęk przed jedzeniem jest większy niż lęk przed chorobą, a czasem nawet śmiercią. – Bardzo często słyszę: „Ja nie chcę umierać, ja tylko nie mogę przytyć”. To zdanie oddaje całą tragiczność anoreksji. Walka o każdy kilogram to walka z paraliżującym lękiem. Dla zdrowej osoby dodatkowa łyżka jogurtu to drobiazg. Dla osoby z anoreksją to jak wejście w ogień – wywołuje napięcie, drżenie rąk, płacz, poczucie zagrożenia. Kiedy proszę pacjentkę o zwiększenie porcji, bardzo często słyszę: „Ale ja nie mogę… jeśli przytyję, to sobie nie poradzę”. A gdy waga pokaże +0,3 kg, reakcja bywa dramatyczna, jakby wydarzyła się tragedia. Nic dziwnego – anoreksja zabiera człowiekowi zdolność racjonalnej oceny sytuacji. Dlatego praca z anoreksją wymaga sztabu specjalistów – mówi Karolina Florek, psychodietetyk, która opiekuje się Lilią.
Dodatkowo w początkowej fazie leczenia pojawia się ryzyko syndromu ponownego odżywiania. – Zbyt szybkie zwiększenie kalorii u wychudzonego organizmu może spowodować gwałtowne zaburzenia elektrolitowe, prowadzące do niewydolności serca lub innych powikłań zagrażających życiu. To wymaga ścisłego nadzoru medycznego, często w warunkach szpitalnych. Każdy dodatkowy kilogram to wynik wielomiesięcznej pracy psychoterapeutycznej, dietetycznej i medycznej, a także wsparcia rodziny w ujęciu systemowym, szczególnie u nastolatków. Terapia rodzinna uczy rodziców i opiekunów, jak wspierać proces odżywiania, reagować na kryzysy, nie wzmacniać lęku i rytuałów, a także stwarzać bezpieczne granice – dodaje.
Głód wzmaga obsesję
Terapeuci przekonują, że biologicznie przewlekłe głodzenie zmienia funkcjonowanie mózgu: obsesje nasilają się, logiczne myślenie zanika, a realne poczucie głodu zostaje odłączone. – Dlatego samo „zjedz więcej” nie działa – to jak powiedzieć osobie z atakiem paniki, żeby się uspokoiła. W leczeniu kluczowe jest ujęcie systemowe, zwłaszcza u młodzieży. Choroba często rozwija się w kontekście rodziny i systemu szkolnego, dlatego najlepsze efekty daje terapia systemowa i FBT (Family-Based Treatment). Rodzina staje się częścią leczenia, a nie tylko obserwatorem, ucząc się wspierać odżywianie, stawiać granice i reagować na nawroty choroby. W wielu przypadkach konieczna jest też farmakoterapia – nie leczy anoreksji bezpośrednio, ale pomaga zmniejszyć depresję, lęk, obsesje i ułatwia rozpoczęcie leczenia psychologicznego i żywieniowego – wymienia specjalistka.
Anoreksja
jest jednym z zaburzeń psychicznych o najwyższej śmiertelności. Szacuje się, że około 5–20 proc. pacjentów umiera z jej powodu, a w niektórych grupach (hospitalizowani, przewlekły przebieg choroby) wskaźniki te są jeszcze wyższe. Organizm pozbawiony energii zaczyna zjadać samego siebie. – Tkanki mięśniowe, w tym mięsień sercowy, ulegają degradacji. Serce staje się słabe i podatne na zaburzenia rytmu. Wystarczy gwałtowny spadek potasu lub magnezu, aby doszło do zatrzymania akcji serca – nawet u osób, które jeszcze „normalnie funkcjonują”. Układ odpornościowy działa na minimum, infekcje stają się niebezpieczne. Hormony są wyłączane, miesiączka zanika, metabolizm spowalnia, pojawia się lanugo, obniża się temperatura ciała. W ciężkiej anoreksji zmniejsza się także masa mózgu, zaburzając pamięć, koncentrację i emocje. Pacjenci często mówią: „Nie czuję się sobą. Znikam”. Dlatego ryzyko śmierci jest tak wysokie – ciało jest skrajnie wyniszczone, a choroba wciąż podpowiada: „Jeszcze wytrzymasz, nie jedz” – uzupełnia Karolina Florek.










![Memoriałowo i charytatywnie przy stołach [ZDJĘCIA]](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/926a96ac-c839-4c51-b091-8c42158ad149-218x150.jpeg)

![Wernisaż wystawy „IMPULS” w Galerii Bema 20 [ZDJĘCIA] Impuls](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Bema-20-wystawa-14-218x150.jpg)
![Cudowny czas zamknięty w kształcie i kolorze… [ZDJĘCIA] Magdalena Latawska-Honkisz](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Wystawa-Magdaleny-Latawskiej-Honkisz-3-218x150.jpg)




![Tarczyca – akcja profilaktyczna w Tarnowie w nowo otwartym Punkcie Pobrań przy ulicy Narutowicza 15 [ZDJĘCIA] Diagnostyka Tarnów Narutowicza](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2025/05/Diagnostyka-Tarnow-03-218x150.jpg)





