Z Jerzym Szczepanikiem-Dzikowskim i Tomaszem Zboińskim, wnukami Jana Szczepanika, rozmawiał Krystian Janik
Kiedy po raz pierwszy usłyszeli Panowie o Janie Szczepaniku w kontekście jego wynalazków?
JSD: Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy powiedziano mi, że mój dziadek był wynalazcą, ale podejrzewam, że mogło się to wydarzyć w momencie uzyskania przeze mnie świadomości, że istnieję (śmiech).
TZ: Myślę, że mogłem się o tym dowiedzieć, uczęszczając do szkoły podstawowej.
Czy postać dziadka odcisnęła na Panach jakieś piętno?
JSD: Na mnie odcisnęła piętno i musiałem włożyć dużo pracy w zrozumienie, że nic dziadkowi nie zawdzięczam, a nawet nie chcę, bo oznaczałoby to, że czerpię z czyjegoś dorobku. Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby budować coś na jego wizerunku.
TZ: Pamiętam sytuację, która miała miejsce prawdopodobnie w piątej klasie szkoły podstawowej. Powiedziałem kolegom, że miałem dziadka wynalazcę. Stwierdzili, że zmyślam, bo gdyby to była prawda na pewno słyszeliby o tym w telewizji (śmiech).
Jeśli od najmłodszych lat słuchali Panowie opowieści o Janie Szczepaniku z pierwszej ręki, to z pewnością znają Panowie wiele anegdot, niekoniecznie podręcznikowych.
TZ: Kiedy byłem dzieckiem, mama pokazała mi i mojemu rodzeństwu cztery obrączki będące pozostałością po zegarku, który dziadek otrzymał od cara. Jan Szczepanik po wynalezieniu materiału kuloodpornego nierzadko odwiedzał Petersburg, dostarczając do tego miasta zamówienia. Pewnego razu kareta cara Mikołaja II została ostrzelana, ale nikomu nic się nie stało, gdyż została ona wcześniej obłożona tkaniną kuloodporną. Car, chcąc podziękować dziadkowi za wynalazek, który uratował mu życie, postanowił wręczyć mu najwyższe rosyjskie odznaczenie – Order św. Anny. Patriotyzm nie pozwolił dziadkowi na jego przyjęcie, ale zgodził się zabrać ze sobą ofiarowany mu przez cara złoty zegarek kieszonkowy oraz złotą broszkę ozdobioną brylantami i szafirami, którą podarował babce, będącej wówczas jego narzeczoną. W czasie Powstania Warszawskiego moja mama wręczyła ten zegarek ojcu. Początkowo chciała mu go zaszyć w płaszczu, ale on machnął na to ręką i schował go do kieszeni. Później ojca schwytali Niemcy i na początku chcieli go rozstrzelać. Postawili go pod ścianą i wyciągnęli w jego kierunku broń, jednak przyszedł rozkaz, żeby pochwyconych Polaków puścić przed czołgami i ostrzelać z dwóch stron. Jeden z wystrzelonych pocisków trafił ojca w miejsce, w którym znajdował się złoty zegarek. Ten sam zegarek, który car wręczył dziadkowi z wdzięczności za ochronę jego życia, uratował mojego ojca przez śmiercią z ręki niemieckiego okupanta.
Myślę, że ta historia mogłaby się stać kanwą hollywoodzkiego filmu.
TZ: Ma Pan rację, ta historia jest absolutnie filmowa. Ojciec opowiadał, że w momencie, kiedy niemiecka kula uderzyła w jego ciało, złapał się za przeszyte bólem miejsce i wielce się zdziwił, kiedy okazało się, że zamiast tryskającej krwi jego ręka natrafiła na roztrzaskany carski zegarek. Cztery obrączki, które udało się uratować, mama przekazała do jednego z kościołów w Warszawie.
A co stało się z broszką, będącą prezentem dla Pana babki?
TZ: Podarowana przez cara złota broszka przepadła w czasie wojny. Babka została okradziona, ale ze względów dydaktycznych nie opowiem o kulisach tej zuchwałej kradzieży.
Panów dziadek nie przyjął rosyjskiego odznaczenia, co jest oczywiście przejawem patriotyzmu. Jana Szczepanika jako wynalazcę znamy doskonale, natomiast o jego patriotyzmie wiemy raczej niewiele.
TZ: Pod koniec życia dziadek zaczął lokować swoje patenty w Polsce, która była już wówczas niepodległa. Myślę, że taka postawa również świadczy o jego patriotyzmie.
JSD: Dziadek był otwarty na świat, posiadał pracownie w Wiedniu i Berlinie. Jego wędrówka była napędzana przez powody ekonomiczne, a także techniczne. Podczas swoich podróży zderzał się z różnymi kulturami oraz rzeczami, które w tamtych czasach były łatwiejsze do zdefiniowania. Nie zapominajmy, że Polska odzyskała wolność dopiero w ostatnich latach jego życia, wcześniej była krajem rozbiorowym. Historia Polski oddziaływała na patriotyzm dziadka. Z drugiej strony odwiedził jednak wiele państw, a jego wynalazki opatentowano w Niemczech, Austrii, Anglii oraz Stanach Zjednoczonych.
Czy Jan Szczepanik może stanowić wzór do naśladowania?
JSD: Dokonania cywilizacji przemijają, a technika jest najbardziej atrakcyjna w chwili, kiedy z niej korzystamy. Twórcy wynalazków są mniej lub bardziej znani, a wraz z przemijaniem przedmiotów oni również odchodzą w zapomnienie. Mówiąc krótko – największe gwiazdy gasną. Nie zgasła np. gwiazda Kopernika, ale o greckim astronomie Arystarchu z Samos, który w III wieku p.n.e. jako pierwszy zaproponował heliocentryczny model Układu Słonecznego, nikt już nie pamięta. Starożytny naukowiec nie miał żadnych twardych dowodów, a swoją teorię opierał wyłącznie na spekulacjach i obserwowaniu świata. Kopernik natomiast posiadał odpowiednie narzędzia, które umożliwiły mu zgromadzenie argumentów udowadniających jego tezę. Dlatego on przetrwał, a Arystarch nie. O tym, czy ktoś może stać się wzorem do naśladowania, decyduje przede wszystkim to, jakim był człowiekiem. Ojciec opowiadał mi o dziadku jako o kimś ciekawym świata, mającym do siebie dystans i odznaczającym się niemałym poczuciem humoru. Jan Szczepanik walczył o siebie i swoje pomysły, będąc przy tym człowiekiem zagubionym w rzeczywistości.
Czym się objawiało owo zagubienie w rzeczywistości?
JSD: Ojciec opowiadał, że pewnego razu dziadek podjął decyzję, że do mieszkania w Tarnowie kupi sobie komplet mebli gdańskich. Jak powszechnie wiadomo, meble gdańskie są pokaźnych rozmiarów i nie nadają się do małych przestrzeni. Dziadek był przecież człowiekiem technicznym, ale kiedy zamawiał te potężne szafy i komody, nie przyszło mu do głowy, że jego mieszkanie jest zbyt niskie, aby można je było do niego wstawić. Koniec końców meblom trzeba było obciąć nogi, żeby mogły się tam zmieścić. Ta historia świadczy o tym, że w sprawach życia codziennego dziadek był naprawdę mocno zakręcony.
Czyżby dlatego borykał się z ciągłymi problemami finansowymi?
JSD: Możliwe, że tak, ale chciałbym dodać, że dziadek był człowiekiem szerokiego gestu i z tego powodu ciągle brakowało mu pieniędzy. Pozwolę sobie przytoczyć jeszcze jedną anegdotę. Jan Szczepanik wracał pociągiem do domu, gdzie raz na pół roku przywoził większą sumę pieniędzy, którą udawało mu się zgromadzić dzięki jego wynalazkom. W przedziale napotkał jegomościa, który powiedział mu, że wygląda na dżentelmena, po czym wyznał, że został okradziony i poprosił o pożyczkę. Dziadek zapytał, ile potrzebuje, a usłyszawszy kwotę, wyciągnął z walizki pieniądze i wręczył je nieznajomemu. Resztę pieniędzy przywiózł do domu. Babka była zaskoczona, że jest ich mniej niż wcześniej pisał w listach. Opowiedział więc o swojej przygodzie w pociągu, na co babka powiedziała: „Ty głupi jesteś, w ogóle nie rozumiesz świata, pełno wszędzie oszustów i złodziei, a ty znów dałeś się oszukać”. Dziadek odpowiedział: „Kochanie, to był dżentelmen, dał mi swój bilet wizytowy”. I faktycznie jakieś dwa tygodnie później ów napotkany w pociągu jegomość przysłał mu pieniądze na tarnowski adres.
TZ: Przypomniała mi się nieco późniejsza historia. Dziadek miał skrzypce Stradivariusa, które po jego śmierci zostały sprzedane w Krakowie. Rodzina nie miała pojęcia, jaką miały wartość, jednak antykwariusz stwierdził, że zażyczyli sobie za mało i wysłał im jakąś poważniejszą sumkę.
Niektóre źródła wspominają również o dziwactwach Jana Szczepanika. Czy Panowie coś o tym wiedzą?
JSD: Pewnego dnia dziadek, babka i ojciec weszli do sklepiku w Tarnowie, w którym znajdowały się m.in. konserwy z łososiem. Któreś z nich powiedziało, że to fantastyczna i nadzwyczajnie smaczna ryba. Dziadek, jak to usłyszał, bez najmniejszego zawahania oznajmił sprzedawcy, że kupuje wszystkie konserwy. Później przez pół roku jedli łososia, mój ojciec znienawidził tę rybę, a ową niechęć przekazał mi w genach (śmiech).
Dziękuję za rozmowę.



















![W Tarnowie upamiętnili „Polskiego Edisona” [ZDJĘCIA] Mural Jan Szczepanik](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2022/09/Mural-218x150.jpg)




