Dzień dziewiąty: sceny balkonowe
Niebywałe. Wracając ze sklepu zauważam, jak jeden z moich kolegów stoi na balkonie w bloku i żwawo wymachuje rękoma. Nie jest to wymachiwanie ot, takie sobie, ale bardzo skoordynowane, przemyślane, zaplanowane z góry. Zaraz potem kolega wykonuje głębokie skłony – raz, drugi, trzeci… Kiedy z uwagą przyglądam się temu wszystkiemu, jakiś przechodzący obok mężczyzna mówi do mnie: – On tak co chwilę…
Po powrocie do domu dzwonię.
– Co ty wyprawiasz na tym balkonie? Podobno sąsiedzi martwią się twoim zachowaniem.
– Nie ma się co śmiać. Ćwiczę, kolego, i ciebie do tego namawiam. Co godzina wychodzę na balkon i gimnastykuję się. Muszę to robić, bo tylko albo siedzę, albo leżę. Ewentualnie na odwrót: albo leżę, albo siedzę.
Inna scena balkonowa. Z okna mieszkania dostrzegam, jak młody mężczyzna montuje na balkonie dziecięcą huśtawkę. Potem wychodzi starsza pani, chyba babcia kilkulatka, i huśta małego chłopczyka. Słyszę, że w wielu domach coraz trudniej wytrzymać ze znudzoną dziatwą.
W telewizji ktoś mówi, że wkrótce osiągniemy krytyczny moment w tym przesiadywaniu. Twierdzi, że nie da się zamknąć w mieszkaniach 38 milionów ludzi na dłuższy czas i za dwa tygodnie wyjdą oni z domów, bez względu na wszystko. Psycholodzy twierdzą, że jeśli nawet mamy przyjazne relacje z bliskimi, to w warunkach przeciągającej się izolacji zewnętrznej więzi te mogą być wystawione na trudną próbę. Słyszałem nawet, że po okresie zbiorowej kwarantanny będzie więcej rozwodów, gdyż w tym czasie ujawnią się między partnerami nieporozumienia, które później staną się zarzewiem poważniejszych konfliktów. Zwłaszcza, że czekają nas trudne czasy. Na kryzys gospodarczy nałożą się kryzysy małżeńskie.
Dzień dziesiąty: facet z workiem
Wystarczy tylko czytać tytuły większości artykułów, by mieć dość. „Będzie katastrofa gospodarcza”, „Wkrótce miliony bezrobotnych w Polsce”, „Możliwy włoski scenariusz pandemii – będziemy umierać setkami? ”, „Pożegnanie z dawnym światem” … O ile uważam, że każdy z nas ma święte prawo do prawdziwej, rzetelnej i wyczerpującej informacji o obecnej sytuacji w kraju i na świecie, o wszystkich zagrożeniach i możliwym rozwoju epidemii, powinniśmy jednak – my, dziennikarze – trochę odpuścić. Choć kto wie, czy zarządzanie ludzkim strachem nie przejęły w większym stopniu już media społecznościowe, takie mam wrażenie. W każdym razie mniej snucia katastroficznych wizji, mniej podsycania emocji, mniej rozniecania paniki. Zostawmy ludziom choćby iskierkę nadziei. Niech wierzą, że zawsze możliwe są dwa scenariusze: gorszy i lepszy. Niech wierzą w ten drugi. Bez tego wielu nie uda się przetrwać.
Po moim osiedlu chodzi jakiś facet, po sześćdziesiątce. Chyba emeryt. Co rusz zagląda do pobliskich sklepików, stara się zagadywać młode sprzedawczynie, guzdrze się z zakupami. Musi się w domu bardzo nudzić. Problem w tym, że teraz, gdy do sklepu mogą wejść tylko pojedyncze osoby, swoją bezużyteczną obecnością ogranicza te możliwości. On sobie ucina pogawędki, a na zewnątrz inni stoją w kolejce. Stara pierdoła.
Po południu nagły dzwonek do drzwi. Kto to? Nie spodziewamy się żadnych odwiedzin. Słychać też nerwowe pukanie do innych. Co się dzieje? Pali się? Otwieram. Patrzę i nie wierzę. Jakiś zasapany chłop, pewnie spod Tarnowa, z zarzuconym na plecy dużym workiem. Od razu pyta:
– Ziemniaków pan nie potrzebuje?…
Dzień jedenasty: dzień wędkarza
Raz na tydzień uciekamy do Lasów Wierzchosławickich, kierujemy się w odludne miejsca, by trochę złapać tchu. W Dwudniakach niesłychany widok. Brzeg akwenu wypełniony… wędkarzami! Łatwo to dostrzec z okna samochodu. Kilkanaście osób w niedużej odległości od siebie. Czy to Święto Wędki? Niektórzy – w grupce – o czymś ze sobą dyskutują. O czym? O rybach? A może przekonują się nawzajem, że ten koronawirus to jedna wielka ściema?…
Jak donoszą inni, w Sieradzkiem jeden z lokalnych proboszczów, chcąc obejść przepisy o społecznej izolacji w czasie epidemii, miał zamiar zorganizować niedzielną mszę… w autobusie. W jednej z katolickich stacji telewizyjnych pewien ksiądz przekonywał widzów, że duchowni mają „konsekrowane ręce”, „są czyste”, „umyte w sensie nadprzyrodzonym”, więc nie mogą nikogo zarazić podczas podawania komunii. I jeszcze coś z całkiem innej planety: na apel abp. Grzegorza Rysia, metropolity z Łodzi, wierni zebrali milion zł na zakup maseczek i respiratorów dla szpitali.
W Tarnowie do akcji rozgłaszania fonicznych apeli o pozostanie w domach dołączyły się radiowozy Państwowej Straży Pożarnej.
Staram się tu nie pisać o polityce, choć czasami trudno się powstrzymać. Nie mogę się nadziwić, że niektórzy zwolennicy rządu już odtrąbili zwycięstwo naszego kraju nad epidemią. Twierdzą, że znakomicie sobie radzimy z problemem. Byłoby to cudowne, ale przecież najgorsze dopiero przed nami! Z ocenami trzeba się powstrzymać jeszcze długo. Warto też pamiętać, że polskie dane o liczbie zakażeń są ciągle zaniżone, dane spływają z opóźnieniem, bo brakuje nam testów, nie wykonujemy ich tak dużo jak np. w Niemczech, na przykład w przypadku osób, które nie mają objawów, ale mogą być nosicielami wirusa. Notuje się też dużą zwłokę w oczekiwaniu na wyniki badań próbek (bywa, że do 5 dni!). Jeśli to się w końcu poprawi, wtedy także liczby zakażonych mogą okazać się bardziej zatrważające.
Dzisiaj w mediach po raz pierwszy mówi się mniej o epidemii, więcej o nocnej sejmowej wrzutce Kaczyńskiego w sprawie korespondencyjnej opcji wyborów prezydenckich dla seniorów. Awantura na całego.
Kierowniczka akademika zapytała w mailu moją córkę, która studiuje w jednym z miast, czy wyjeżdżając w marcu do domu pozostawiła w pokoju swoje prywatne rzeczy. To samo pytanie otrzymali inni, którzy na czas studiów mieszkają w tym samym akademiku. Dla mnie zabrzmiało to dość złowieszczo. Możliwe, że władze rozważają utworzenie w akademikach – w sytuacji skrajnie niekorzystnej – nowych punktów zbiorowej kwarantanny czy może raczej szpitali zakaźnych.
Dzień dwunasty: czym płukać gardło?
Niektórzy już wyczuli koniunkturę. Internet żyje swoim życiem. Co rusz nadchodzą oferty: „Efektywna praca w domu z naszym komputerem”, „Przenieś kino do swojego domu”, „Skuteczne oddłużenia Twojego przedsiębiorstwa”, „Maski koronawirus dostępne TERAZ” itd. Wszystko na czasie. Czytam też o jakichś cudownych – oczywiście, oszukańczych – sposobach na koronawirusa. Przy okazji w tym smutnym czasie przypomina mi się dość zabawna opowieść mojego kolegi lekarza sprzed kilku lat. Zgłosił się do niego młody zakonnik z pobliskiego klasztoru z zapaleniem górnych dróg oddechowych. Kolega przepisał mu różne medykamenty, zalecając jeszcze – dla lepszej dezynfekcji – płukanie gardła jakimś drobnym alkoholem.
Po pewnym czasie przychodnię odwiedził pełen niepokoju klasztorny przełożony zakonnika. – Panie doktorze, od kilku dni od naszego brata czuć ciągle alkohol. On usprawiedliwia się, że pan zalecił mu płukanie alkoholem. Czy to prawda?
– To prawda, wasz brat miał alkoholem płukać gardło, ale już nie powinien go potem połykać…
Dzień trzynasty: daleko od siebie
Nowe, jeszcze bardziej surowe obostrzenia dotyczące sytuacji epidemiologicznej, ogłoszone przez rząd. Mają na celu wyhamować gwałtownie rosnącą w Polsce liczbę zakażeń koronawirusem. Jednej rzeczy nie rozumiem. Czytam mianowicie, że podczas spaceru należy zachować przynajmniej 2 metry odległości od siebie i – uwaga! – dotyczy to także rodzin. O co chodzi? Jeśli rodziny mieszkają razem ze sobą w tym samym domu, często ze sobą się stykają, a wielu śpi w jednym łóżku, to jaki pożytek z dwumetrowej odległości w czasie spaceru?…
Na dzisiaj 2500 osób zakażonych.
























