Agata Abou Dan pracuje w Pałacu Młodzieży, pomysłodawczyni i organizatorka comiesięcznych „Planszowisk”: „Triumf, triumf misia bela. Misia Kasia konfacela. Misia a, misia be, misia Kasia, konface”. Albo: „Wpadła bomba do piwnicy, napisała na tablicy S‑O‑S wściekły pies, tam go nie ma a tu jest”. To były nasze wyliczanki. Gdy robiło się ciepło graliśmy w „zbijaka”, dwa ognie, klasy, a zimą w bierki, domino i warcaby. Zwykła gałązka mogła być wszystkim: czarodziejską różdżką, kierownicą, sterem, lornetką, karabinem czy parasolem. Pamiętam, że kiedyś w czasie deszczu ktoś podniósł do góry kawałek drąga, wszyscy stanęliśmy obok i udawaliśmy, że na nas nie pada. Mam wrażenie, że dla większości obecnych dzieci patyk to po prostu patyk. Bawiliśmy się w dom, z błota, piasku, płatków róży i listeczków gotowaliśmy pyszne zupy. Wiele rzeczy było niedosłownych, surrealistycznych, metafizycznych. Jak widzę teraz dzieci, które bawią się tabletami, przeglądając bajki na YouTubie, i same wybierają to, co chcą obejrzeć, to dziękuję Bogu, że urodziłam się w tamtych czasach.
Ćwiczona wtedy wyobraźnia i kreatywność pomagają mi do dzisiaj. Pomysł z „Planszowiskiem” zrodził się z tęsknoty za dzieciństwem. Nigdy nie grałam w gry komputerowe, nie uważam, że to coś złego, ale twierdzę, że uzależnienie od gier komputerowych jest złe. Bardzo chętnie gram za to w scrabble i remika. Relaksuję się przy „Kto z kim”, uwielbiam Dobble. Planszówki mają to do siebie, że zbliżają ludzi.
Z lat dziecięcych została mi plastikowa maszyna do szycia oraz lalka, która przetrwała w stanie idealnym. To była lalka bardzo ekskluzywna jak na owe czasy, mrugała powiekami, miała nieskazitelną fryzurę, wypisz wymaluj Krystyna Loska. Nie bawiłam się nią, stała opakowana w folię, tylko patrzyłam, bo taka była piękna…
Krzysztof Kluza, zastępca dyrektora Zarządu Dróg i Komunikacji: Najchętniej graliśmy w piłkę nożną, powiedziałbym nawet, że kopaliśmy piłkę przy każdej okazji. Wystarczył kawałek placu, podwórka czy skweru… Bramkę zaznaczało się dwoma kamieniami albo patykami. W Szkolnym Klubie Sportowym lubiłem tenisa stołowego i piłkę ręczną.
To był niezły trening życia w dziecięcej społeczności. Podczas gry dochodziło do różnych sytuacji, często spornych, ktoś kogoś kopnął, faulował, zabrał piłkę i trzeba było takie sprawy rozwiązać, rozstrzygnąć, czasem załagodzić. Teraz ta umiejętność przydaje się w pracy zawodowej.
Obecnie jestem na etapie wspólnego oglądania z wnukami książek, szczególnie tych kolorowych, rozkładanych, z których po otwarciu wyłaniają się trójwymiarowe obrazki – wycinanki. No i klocków, samochodzików i zabawek interaktywnych.
Jacek Adamczyk, plastyk miejski: Całe dnie przed blokiem na wrocławskich Krzykach graliśmy w ciupy, kapsle – Wyścig Pokoju, ścianki, klipy, ziemniaka, zośkę, berka, kury na grzędzie, czyli trzepaku. Były zabawy w chowanego, mecze piłki nożnej oraz chodzenie po drzewach. Gra w ścianki na monety to był mój pierwszy biznes, tak zarabiałem na lizaka i kapsle, bo wszyscy byliśmy Szurkowskimi i Szozdami.
Dobrze wspominam wspólne rysowanie kredą po chodnikach, to chyba przyczyniło się do tego, że skończyłem Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie. Efekt moich wspomnień dotyczących gier z dzieciństwa zobrazowałem na chodniku przy szkole niepublicznej numer 7 w Tarnowie.
W naszej rodzinie jest teraz na topie Rummikub, superlogiczna gra dla każdego. Oczywiście, uprawiamy wszystkie możliwe dyscypliny wymagające ruchu na świeżym powietrzu. W związku z tym, że technologia w tempie kosmicznym zmienia charakter zabaw, to gramy między innymi w komputerowe kręgle z naszą 87‑letnią prababcią Halinką. Mojego dzieciństwa nie zamieniłbym na żadne inne, to były najcudowniejsze lata. Z „podwórkową watahą” mógłbym siedzieć do nocy, no, ale rodzice kazali chodzić do szkoły i raj się codziennie kończył.
Ewa Olczykowska, dyrektorka Przedszkola nr 18: Za moich czasów królował trzepak, ale nie tylko. Mieszkałam w Domu Nauczyciela przy Szkole Podstawowej nr 17 i IV Liceum Ogólnokształcącym. Cały czas brałam udział w zabawach i grach zespołowych wspólnie z uczniami oraz z rówieśnikami z sąsiedztwa. Zimą wuefiści przygotowywali szkolne lodowisko, więc jeździliśmy na łyżwach. Moją ulubioną grą był palant, wystarczył kij i piłeczka do tenisa ziemnego. To gra z tradycjami, sięgająca polskiego średniowiecza, szkoda, że poszła w zapomnienie.
Organizowaliśmy wyprawy, choćby na Górę Świętego Marcina. Jestem zadowolona z dzieciństwa bez smartfonów. Do spędzania czasu na świeżym powietrzy zachęcam od lat dzieci z przedszkola. Z kolei, razem z mężem, proponujemy wnukom wycieczki rowerowe, basen, dwa ognie i badmintona. Jednak czasem trudno odciągnąć ich od tabletu, komputera czy telewizora.
Krzysztof Podgórki, Miejski Rzecznik Konsumentów: W dzieciństwie nigdy się nie nudziłem. Miałem całe grono znajomych. Naszym przyjacielem był rower i trzepak, a w grze w kapsle dochodziliśmy do perfekcji. Piliśmy przez rurkę oranżadę w woreczkach, graliśmy w gry zespołowe, a zimą naszym dziełem było małe lodowisko do jazdy na łyżwach i zbudowane przed blokiem igloo z lodu. W śmigus‑dyngus odwiedzaliśmy każdą pompę wodną w okolicy. Pływaliśmy w Wątoku, bo było można. Zbieraliśmy szczaw przy potoku koło torów kolejowych, a przy okazji kładliśmy monety na szyny, żeby spłaszczył je pociąg. Już od przedszkola lubiłem wędrówki, nie wszystkie odbywały się za wiedzą i zgodą rodziców.
Najfajniejszą zabawą, oprócz gry w piłkę nożną, były podchody. Bawiliśmy się w nie na całym osiedlu XXV‑lecia PRL, a to dla dziecka bardzo wielki teren. No i zabawa w chowanego, szczególnie w piwnicy… Pamiętam, jak z kolegami zbudowaliśmy po drugiej stronie ulicy Słonecznej boisko, zrobiliśmy bramki z pali i desek. W sąsiedztwie rosła grusza, ze smakiem pałaszowaliśmy niemyte owoce. Niejedna rzucona w gałęzie cegłówka trafiła, całkiem przypadkowo, kogoś w głowę. Sam też oberwałem. Byłem też szczęśliwym posiadaczem zestawu młodego chemika. Jakież to było przeżycie, kiedy podczas jednego z doświadczeń spaliłem fragment tapety na ścianie i kawałek obrusa na ławie w pokoju. W opowieściach rodzinnych wspomina się, że byłem częstym pacjentem ówczesnej chirurgii dziecięcej.
Myślę jednak, że niektóre zabawy nauczyły mnie samodzielności, kreatywności, strategicznego myślenia oraz wiary w siebie. Byliśmy prawdziwymi odkrywcami. Moglibyśmy na przykład spędzić noc w namiocie na trawniku za blokiem. Mieliśmy spodnie cały czas łatane, a nogi i ręce dezynfekowane. Łaziliśmy po drzewach, ale też graliśmy w eurobiznes, chińczyka czy szachy.
Moim zdaniem, posiadanie dzieci to trochę jak posiadanie drugiego dzieciństwa. Z córką i synem gramy w planszówki, polecam szczerze Blokusa, ale przede wszystkim Rummikuba. Dooble czy Pędzące Żółwie to już klasyka. Razem z synem należymy do Tarnowskiego Klubu Fantastyki Tarnawar. Gramy w domu w gry bitewne. Siadamy też nad szachami. Nie jestem przeciwnikiem gier interaktywnych, lecz jestem zwolennikiem umiaru. Lubię zagrać z synem w FIFA na PlayStation 3, ale jak tylko możemy, bierzemy tę prawdziwą piłkę i ustawiamy bramki na działce.
























