Bracia

0
bracia
REKLAMA

Mimo że pracowici, nie mają zbyt wiele. Do rent socjalnych dorabiają u ludzi, rąbią drewno, pracują w polu, koszą trawniki. Niewiele z tego mają, wszyscy wiedzą, że nie znają się na pieniądzach i wielu niestety to wykorzystuje, za pracę często dostają alkohol albo jedzenie. Przez jednych traktowani jak odmieńcy, przez innych jak złodzieje… Zyskują przy bliższym poznaniu, lgną do ludzi, którzy okażą im odrobinę serca. To małe dzieci w ciałach dorosłych mężczyzn – tak mówi o nich kierownik brzeskich Warsztatów Terapii Zajęciowej, Edward Pabian.
W domu rodzinnym nie było dla chłopaków miejsca, siostry powychodziły za mąż, urodziły dzieci i zrobiło się za ciasno. Paweł wynajmował się do pracy u właściciela dużego gospodarstwa rolnego, przez cały sezon tam mieszkał, potem sprowadził brata i zostali na dłużej. W dużym pomieszczeniu, które dawniej pełniło funkcję cielętnika, na gołej ziemi leżą deski, przy chodzeniu uginają się i skrzypią. W dwóch kątach stoją łóżka, na których piętrzą się ubrania, szafy nie ma, wykoślawiony stół i dwa prymitywne krzesła dopełniają wyposażenia domu. Ale są zadowoleni: w zimie im ciepło, drewno z lasu za darmo sobie przyniosą. Niedawno właściciel podłączył im prąd, kupili czajnik elektryczny i mogą napić się herbaty. Wodę czerpią ze studni, latem urządzili sobie nawet łazienkę – z palików i folii malarskiej zrobili parawan, za który wstawili balię. W zimie się nie myją.


– Mieszkają u mnie już prawie dwa lata, nie mam serca ich wyrzucić, bo nie mają dokąd pójść – mówi właściciel gospodarstwa, w którym mieszkają Marek i Paweł. – Co mogę, to im daję, za pracę płacę, zawsze staram się to robić przy świadkach, bo już wiele razy zarzucano mi, że ich wykorzystuję. Czasem, jak wiem, że nie mają pieniędzy, kupuję im coś do jedzenia. Pan Stanisław nie ukrywa, że ma z nimi pewien problem. – Zawsze mieszkać u mnie nie będą mogli, żona na mnie psioczy, sąsiedzi pukają się w głowę. Teraz już późna jesień, do wiosny ich przecież nie wyrzucę.
Wiosną obydwaj mężczyźni zatrudnili się przy budowie, właściciel był z nich bardzo zadowolony, bo robota paliła im się w rękach, pracowali dwa miesiące. Pan Stanisław poszedł do właściciela domu zapytać, kiedy dostaną jakieś pieniądze, a im zapowiedział, żeby od razu przyszli do niego i pokazali mu, ile zarobili. – Jak zobaczyłem, krew mnie zalała – mieli po dwieście złotych za dwa miesiące harówki! Wsiadłem na rower i pojechałem, gdzie pracowali, powiedziałem tym ludziom, że jeśli im nie dołożą, to zawiadomię policję. Dołożyli, a ja mam teraz śmiertelnych wrogów. Co ciekawe, za właścicielem budowanego domu stanęła większość wsi, nikt nie chciał bronić chłopaków.
Ojciec mężczyzn nie przejmuje się zbytnio ich sytuacją. – Nie pomogę im, bo sam nic nie mam. Jestem na rencie, żonę mam chorą. Mieszkamy w malutkim domu i nie pomieścimy się tu wszyscy – twierdzi pan Roman. A matka mówi o synach, że to pijaki i dobrze, że nie ma ich w domu.
We wsi bracia nie mają najlepszej opinii, gdzieś podobno coś komuś zginęło, a ich akurat oskarżyć łatwo, bo kręcą się tu i tam. – Nigdy nic nikomu nie ukradłem – mówi lekko jąkający się Paweł. – Sąsiad mnie oskarżył, że zabrałem mu siekierę‑ poszedłem do niego i pokazałem mu paragon ze sklepu, dopiero uwierzył, że ją kupiłem. Fakt, lubią się czasem napić, ale po robocie ludzie często stawiają piwo czy wódkę. Zdarzyło się, że Paweł po pijanemu urządził w rodzinnym domu awanturę. – Powiedziałem ojcu, że wyrzucił nas z domu i potraktował nas jak śmieci – opowiada. Był podpity, nabrał odwagi. Ojciec wezwał policję, Pawła zabrali na komendę i przetrzymali do rana. Potem odbyła się w sądzie rozprawa o to, że mężczyzna wielokrotnie urządzał domowe awantury. Dostał wyrok w zawieszeniu, ojciec, matka i siostry zeznawali przeciwko niemu. I tym razem wstawiał się za nim pan Stanisław. – Chodziłem, błagałem, żeby wycofali zeznania, które przecież były kłamstwem. Paweł w ciągu roku był u nich może ze dwa razy, więc nie mógł wielokrotnie urządzać awantur. Ale policja dała wiarę rodzinie, a jego potraktowano jak głupka – denerwuje się pan Stanisław.
Obydwaj bracia są pod opieką Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, dostali renty socjalne i zasiłki opiekuńcze. Wychodzili to dla nich ludzie, którzy znali ich ciężką sytuację i wiedzieli, co się im należy. – Wiemy, że nie mają gdzie mieszkać, rodzina ich nie chce, a ich dochody są za niskie, żeby mogli samodzielnie opłacić jakiś lokal. Dobrym rozwiązaniem byłoby przyznanie im mieszkania socjalnego, ale na takie w gminie trzeba długo czekać, a w pierwszej kolejności przyznawane są rodzinom z małymi dziećmi – mówi dyrektor MOPS, Bogusława Czyżycka‑Paryło.
– To są bardzo pracowici i sumienni ludzie – mówi kierownik brzeskiego WTZ, Edward Pabian. – Żyją w środowisku, w którym osoby z niepełnosprawnością traktowane są bardzo nieufnie. Ludzie trochę się ich obawiają, bo myślą, że mogą być nieobliczalni. Ale to nieprawda, to mężczyźni o gołębich sercach. Jeżeli ktoś okaże im ciepło i zrozumienie, potrafią odwdzięczyć się z nawiązką.
Teraz Marek i Paweł roboty za wiele nie mają, czasem porąbią u kogoś drewno albo zniosą węgiel. Więc siedzą w domu. Pan Stanisław przypomniał sobie o starym telewizorze, który stał na strychu. Okazało się, że działa, więc zaniósł chłopakom. – Niemożliwe, żeby wszyscy byli bezradni wobec ich problemu, musi się znaleźć jakiś sposób, żeby im pomóc. Będę tego sposobu szukał – deklaruje..

REKLAMA (3)
Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
REKLAMA (2)
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze