Twórczość Cohena można lubić lub nie, trudno jednak nie doceniać roli, jaką ten artysta odegrał w historii tak muzyki, jak i kultury w ogóle i to nie tylko tej z przedrostkiem „pop”. 7 listopada minęło 8 lat od śmierci legendarnego barda.
O odejściu Leonarda Cohena syn artysty, Adam, tak się wypowiedział: Mój ojciec odszedł spokojnie w swoim domu w Los Angeles wiedząc, że skończył album, który uważał za jeden ze swoich najlepszych (…). Do ostatnich chwil pisał ze swoim wyjątkowym poczuciem humoru.
Kilka tygodni przed śmiercią artysta, w wywiadzie dla New Yorkera, udzielonym tuż po wydaniu ostatniego albumu You Want It Darker, mówił, że jest gotowy umrzeć. Stwierdził: Mam nadzieję, że nie jest to zbyt niewygodne. Dla mnie już wystarczy. Również w innych wywiadach otwarcie mówił o swoim wieku, stanie zdrowia i świadomości, że na tym świecie nie zostało mu już za wiele czasu. Na potwierdzenie tego w tytułowej piosence z You Want It Darker zaśpiewał przecież: Jestem gotów, Panie mój. Gdy odszedł łatwiej było interpretować ten utwór, a także całą płytę jako jego rozliczenie z niebanalnym i barwnym życiem, pełnym wzlotów, ale i nie pozbawionym upadków, tak pod względem artystycznym, jak i osobistym.
Cohen pozostawił po sobie dziesiątki świetnych, refleksyjnych piosenek, przynajmniej kilkanaście znaczących albumów i sporo pięknej, mądrej poezji.
W lipcu 2013 roku miałem przyjemność oklaskiwać go podczas koncertu w łódzkiej Atlas Arenie. Tamtego wieczoru wiele było chwil, w których publiczność została zahipnotyzowana. Tak było choćby podczas legendarnej piosenki Suzanne, kiedy w tajemniczym oświetleniu artysta surowym pięknem gitarowych dźwięków uniósł widownię w inny świat. Miałem wrażenie, że oto jakiś współczesny mistyk w pustawej knajpce snuje prostą a zarazem barwną i niecodzienną opowieść. Podczas łódzkiego koncertu przyszło mi też na myśl, że piosenki barda są jak źródlana woda w upalny dzień w górach. W pełnym blichtru dzisiejszym świecie kolorowe napoje też gaszą pragnienie, ale, niestety, inaczej smakują.
Leonard Norman Cohen urodził się 21 września 1934 roku w Montrealu w żydowskiej rodzinie o polsko-litewskich korzeniach. Po latach wspominał, że wychowanie w tradycji przodków (jeden z dziadków był rabinem) odegrało w jego młodzieńczym życiu znaczącą rolę. Miałem uduchowione dzieciństwo. Co chwilę słyszałem, że jestem potomkiem biblijnego kapłana Aarona – wspominał.
Z czasem jednak górę wzięła literatura, a zwłaszcza poezja Federica Garcii Lorki, której młody Cohen był zdeklarowanym wielbicielem. Do tego doszły uroki montrealskich barów i artystycznych kawiarni, w których czytał tamtejszej bohemie swoje pierwsze wiersze. Jako 20-latek był już autorem nagrodzonym cenionymi wyróżnieniami literackimi.
Karierę muzyczną zaczął właściwe późno. Jego debiutancki album Songs Of Leonard Cohen z takimi kompozycjami, jak Hey, That’s No Way to Say Goodbye czy Sisters Of Mercy ukazał się, gdy artysta był już w wieku chrystusowym. Nie przeszkodziło mu to jednak stać się idolem hippisującej młodzieży. Kiedy dziś ogląda się występy zarejestrowane podczas festiwalu na wyspie Wight z 1970 roku, ostatniego z wielkich w historii flower-power, trudno powiedzieć, że 36-letni Cohen świetnie przystaje do herosów ówczesnej sceny rockowej (Hendrix, Gallagher, Free, Who, Doors, Ten Years After), a jednak jest tam artystą, który nawet jeśli pochodzi z innej bajki, to jego bajka jest pięknym i mądrym uzupełnieniem, ba, istotnym poszerzeniem kontrkulturowej wizji świata.
Początek lat 70. to dla Cohena nieustanne trasy koncertowe. Potem kariera artysty załamała się, a on sam pogrążył się w depresji. W 1984 roku wyrwał go z niej sukces albumu Various Positions z takimi utworami, jak Dance Me To The End Of Love czy Hallelujah. Dzięki uwielbieniu nowego pokolenia fanów, w jego życiu znów nastały lepsze lata, a wraz z nimi kolejne dobre i bardzo dobre płyty.
Niespełna pięć lat przed śmiercią artysta odebrał nagrodę PEN Klubu Nowej Anglii – Song Lyrics of Literary Excellence. Jako twórca często był porównywany do Boba Dylana. Dorian Lynskey z Guardiana zwrócił jednak uwagę, że nie jest to porównanie do końca trafione: Dylan jest poetą rock’n’rolla. Cohen bez wątpienia też jest poetą, ale nigdy nie był rock’n’rollowcem (…). Jego twórczość wymagała staromodnej cierpliwości (…). To, co nadawało jego piosenkom szczególnego znaczenia, to fakt, że nigdy nie przestał szukać. Szukał odpowiedzi w buddyjskich świątyniach i w sypialniach kobiet. Ale nigdy nie przestawał stawiać pytań.
![Utrudnienia w ruchu przy tarnowskim sądzie [ZDJĘCIA] Utrudnienia na ul. Dąbrowskiego](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Utrudnienia-ul.-Dabrowskiego-4-218x150.jpg)



![Dworek w Skrzyszowie po modernizacji [ZDJĘCIA] Dworek Skrzyszów](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Dworek-w-Skrzyszowie-2026-3-218x150.jpg)

















