Na nocnym targu

0
Targ rybny
Stoisko z rybami | fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Zakupy, sklepy i targi nigdy nie były celem moich podróży choćby z tego względu, że zawsze starałam się podróżować tak tanio, jak to możliwe. Zwykle też omijałam wielkie miasta, bo dość dawno temu przekonałam się, że przy bliższym poznaniu są rozczarowujące. Na lokalnych targach jednak bywałam przystając czasem na krótko w drodze. Niektóre z nich wspominam ciepło jako miejsca interesujące, barwne, przyjazne. A także… niedrogie.

Na azjatycki pasar malam trafiłam pierwszy raz dlatego, że rozpadły mi się sandały. Byłam w Malezji, po sezonie, w porze monsunowych wichrów. I próbowałam się dostać na jedną z wysp przy wschodnim wybrzeżu – tam właśnie, gdzie sztormowa pogoda malezyjskiej pory deszczowej jest najbardziej odczuwalna.

Oczywiście, nie było łatwo. W Mersing, porcie leżącym dwie godziny jazdy od granicy z Singapurem, w przystani promowej powiedziano mi, że nie można dostać się na wyspę Tioman, bowiem zarówno kursy promów, jak i łodzi zostały na dwa tygodnie zawieszone. I to zarządzeniem rządowym.

REKLAMA (2)

– Ponieważ jest monsun – poinformowała mnie szeroko uśmiechnięta Malezyjka, spowita w starannie upiętą wokół głowy muzułmańską chustę. – Wiatr, wielkie fale, niebezpiecznie! Na wyspach wszystko jest zamknięte i nikt tam nie pływa.

Ruszyłam więc na północ, do kolejnego portu – Marang, skąd kursują łodzie m.in. na turystyczne wyspy Gemia i Kapas. Niestety, i tu usłyszałam to samo: promy odwołane, łodzie nie kursują, na wyspach wszystko zamknięte. Na szczęście akurat tego popołudnia rozpadły się moje wysłużone sandały. W hotelu poradzili mi, bym spróbowała kupić nowe na pasar malam, otwieranym wieczorem wzdłuż ulicy w okolicach portu.

Buty z dobrą radą

Pasar malam znaczy tyle co nocny targ. Nie jest taki dosłownie nocny – niektóre stoiska (np. te z warzywami i rybami) handlują także w dzień. Prawdziwy ruch handlowy zaczyna się jednak późnym popołudniem i trwa zwykle do północy – choć później oraz w innych miejscach przekonałam się, że niektóre pasar malam zwijają się przed dziesiątą wieczór, a inne trwają niemal do brzasku następnego dnia. Zależy to od lokalnych zwyczajów.

Także oferta handlowa tych targowisk może być różna: buty, ubrania, materiały, zabawki, dziecinne rowerki, części do silników samochodów i łodzi, suszone ryby, wiązane w pęczki kraby i wiaderka małży, owoce, lokalne rękodzieło… Nieodmiennie jednak pasar malam towarzyszą stoiska z jedzeniem – od przygotowywanych w domu różnokolorowych ciastek, lizaków i imbirowych cukierków po dania z ryżu albo makaronu sojowego z licznymi dodatkami, pisang goreng, czyli serwowane na gorąco lub zimno smażone banany, gado-gado – wybór warzyw świeżych i gotowanych na palmowym liściu, satay, czyli szaszłyki z mięsa, ryb, krewetek, warzyw, tahu i tempe – z sera sojowego i placuszków z ziaren z sojowym sosem… Zwykle można też na pasar malam dostać co najmniej jedną sytą zupę z „wkładką” oraz różnego rodzaju placki ze słodko-ostrymi sosami z orzeszków ziemnych i przypraw. Nie powinno zabraknąć ciasteczek kayah – z żółtka i mąki z pandanowca, a także zestawu straszliwie kolorowych i słodkich jak ulepek napojów, które w Azji Południowo-Wschodniej litrami wlewają w siebie dorośli i dzieci. Niektórzy sprzedawcy oferowali – ale tylko wtajemniczonym, jako że oficjalną religią Malezji jest islam – także procentowe trunki. Rzadko było to piwo (w Malezji i Indonezji stosunkowo drogie), częściej domowego wyrobu bimber ryżowy, tzw. arak. Ten ostatni sprzedawano w… plastikowych woreczkach, po 100 i 200 ml. Żeby wypić arakowego drinka, wystarczyło nadgryźć róg folii.

Targ w Marang pełen był tego typu ciekawostek, zjadłam tam kolację ze słodkich placków i koktajlu z kukurydzy (!). Głównie jednak szukałam butów. Po zwiedzeniu kilku zawalonych nimi stoisk doszłam do porozumienia z jednym ze straganiarzy, który sprzedał mi „2 w 1”, czyli sandały i japonki, za 6 ringitów (wówczas ringit malezyjski przeliczano na niecałą złotówkę). Prócz butów dostałam dobrą radę.

– Przyjdź jutro koło ósmej rano do przystani – powiedział sprzedawca. – Jeden człowiek z wyspy Kapas co rano odwozi syna do szkoły na lądzie – to jedyne dziecko z wyspy dojeżdżające do szkoły. Jego matka prowadzi hotel na wyspie i na pewno znajdą dla ciebie miejsce.

Rada była warta więcej niż obuwie. Następnego dnia zabrałam się łodzią na wyspę Kapas z właścicielem Qimi Chalet, który – niezależnie od monsunu – chętnie wynajął mi bungalow na plaży. Prócz mnie w tym jedynym otwartym na wyspie hoteliku mieszkało niemieckie małżeństwo, co roku podobno przyjeżdżające na Kapas poza sezonem. Byliśmy jedynymi turystami na wyspie. Bajeczne plaże, turkusowe morze, ogrody koralowe, łowienie ryb z pomostu, dżungla w centrum wyspy, wieczorne koncerty cykad i posiłki przy stolikach na plaży, w cieniu drzew migdałowych – wszystko to było tylko dla nas.

REKLAMA (3)

Keropok i jaskrawe ciasto

Potem zdarzało mi się bywać na nocnych targach w innych miejscach, i wszystkie miały jakąś lokalną specyfikę. Na tych, które leżały – podobnie jak Marang – w malezyjskiej prowincji Terengganu, zwykle były stragany z suszonymi rybami: od maleńkich, sprzedawanych na wagę, do półprzejrzystych półtusz wielkich płastug, mątw i ośmiornic, wiszących na stojakach wokół straganu i powiewających na wietrze jak dziwne latawce. Obok ustawiano zazwyczaj małe garkuchnie, sprzedające keropok – gotowane lub podsmażane kiełbaski z mączki rybnej i mąki sago, serwowane z dużą ilością keczupu. Była to kulinarna specjalność regionu Terengganu. Turyści podchodzili do tego przysmaku raczej ostrożnie – szaro-beżowe kiełbaski nie wyglądają zbyt apetycznie. W Malezji jest to jednak jeden z najpopularniejszych fast foodów. W przydrożnej garkuchni w Kuala Terengganu porcję keropok dostałam gratis.

– Jeśli ci posmakuje, przyjdź po następne! – powiedziała obsługująca garkuchnię dziewczyna. Rzeczywiście, uznałam keropoki za całkiem jadalne (szczególnie z keczupem!) i potem jeszcze kilkakrotnie je kupowałam.

W Kuching, największym mieście malezyjskiej części Borneo, nocny targ otwierał się co wieczór przy Golden Anniversary Bridge (Złotym Moście Jubileuszowym) na rzece Sarawak. Most, otwarty w roku 2017, jest widowiskowy sam w sobie – wieczorem świeci różnymi jaskrawymi kolorami, jak monstrualna ozdoba choinkowa. Fantazyjna, podwieszana na linach konstrukcja, wyposażona w liczne platformy widokowe i w środkowej części lekko się kołysząca (!), jest od kilku lat ulubionym miejscem spacerowym tak Malezyjczyków, jak i turystów z dzielnicy Waterfront.

Pasar malam w Kuching jest kombinacją sklepów z pamiątkami, ulicznych restauracji i food campers, budek z lodami i sokami oraz stoisk z tanią biżuterią. Chinki sprzedają tu tkane torby i plecionki z Sarawaku, Hindusi – chińskie dania, młodzi Malajowie – złoto i tkaniny z Indii. A na przynajmniej co trzecim stoisku króluje layer cake – wynalezione (podobno) w Sarawaku kolorowe ciasto warstwowe, najpopularniejsza atrakcja kulinarna Kuching. Sprzedaje się je na wagę albo w porcjach pakowanych w plastikowe pojemniki. Każde stoisko ma też miskę z niedużymi – na kęs – kawałkami layer cake o różnym smaku, by kupujący mogli skosztować, nim wybiorą.

Layer cake to w zasadzie proste ciasto tortowe. Ambicją wypiekających jest jednak, by składało się z jak najjaskrawszych, kolorowych warstw: czerwonych, fioletowych, czarnych, jaskrawożółtych, różowych, pomarańczowych, seledynowych i niebieskich… Każda warstwa powinna mieć inny smak – np. jagodowy, czekoladowy, szafranowy, miętowy, kawowy, arbuzowy itd. Spacerując w Kuching, kosztowałam ponad dwudziestu „smaków”, które różniły się głównie… kolorem.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze