Targ zwierząt

0
Targ zwierząt
Targ zwierząt | fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Na Ptasi Targ w Yogyakarcie trafiłam podczas mojej pierwszej podróży do Indonezji w czasach, gdy jeszcze podróżowało się z przypominającym rozmiarami cegłę książkowym przewodnikiem Lonely Planet. Przewodniki te zawierały nie tylko ogólne informacje i plany miast, ale wskazywały też hotele, restauracje i rozmaite okoliczne atrakcje. Aktualizowane co dwa-trzy lata, były prawdziwą „biblią podróżników” – ludzie pożyczali je sobie w pociągach, samolotach, na promach, na postojach…

Moja cegiełka Lonely Planet wśród miejsc wartych odwiedzenia i atrakcji Yogyakarty – gdzie miałam pierwszy w podróży postój – polecała m.in. Ptasi Targ. Z tego, co czytam we współczesnych relacjach podróżników i ofertach biur podróży, miejsce to nadal uchodzi za jedną z głównych atrakcji miasta i jest stałym punktem zorganizowanych wycieczek do Indonezji, mimo że ekologicznie zorientowani turyści zgodnie wystawiają mu fatalne oceny.

Handel żywym towarem

Yogyakarta, zwana krócej Yogya, to drugie po Jakarcie najważniejsze miasto Jawy. Przez kilka lat (do 1950 roku) było nawet stolicą Indonezji – w czasach, gdy Jakarta była jeszcze pod panowaniem Holendrów. Dziś jest to miasto traktowane jako kulturalna stolica kraju, bo mieści się tu wiele uczelni wyższych, jest to także centrum tradycyjnej sztuki i rękodzieła Indonezji – od batików i rzeźb po tradycyjny teatr i muzykę. Licząca ponad 650 tys. mieszkańców Yogya jest także ośrodkiem turystycznym, m.in. jako najlepszy punkt wypadowy wycieczek do sławnych świątyń – Borobudur i Prambanan oraz na wulkan Merapi. Koronnym zabytkiem miasta jest Kraton – XVIII-wieczny pałac sułtanów Mataram. Ptasi Targ w czasach, gdy byłam w Yogya, znajdował się w odległości krótkiego spaceru od pałacu. Obecnie jest w innym miejscu – poza strefą mieszkalną, na południowych obrzeżach miasta. Przeniesiono go w 2014 roku, na fali lęku przed ptasią grypą.

REKLAMA (2)

Ale targ jest nadal i – sądząc z publikowanych zdjęć i filmów – los trzymanych tam zwierząt w ciągu ostatnich 20 lat nie zmienił się na lepsze. Ptasi Targ jest na pewno największym na wyspach indonezyjskich bazarem związanym z hodowlą zwierząt – wbrew nazwie, są tu nie tylko ptaki. Można tu zobaczyć także wiele azjatyckich gatunków ssaków, gadów, owadów czy ryb. Tyle, że niektórych z tych widoków wolałabym nie pamiętać.

Były tam sklepy zoologiczne sprzedające akwaria i rybki akwariowe różnego rodzaju, w tym także chińskie karpie do ogrodowych oczek i basenów; były kolorowe papugi – od drobnych i falistych po kakadu i żako. Były także trzymane w wysokich, owalnych klatkach kruki i gwarki, lepiej i gorzej umiejące powtarzać ludzkie słowa. Ale były i ptaki drapieżne, uwiązane do klatek za nogi, w tym duże sowy, puszczyki malajskie, płomykówki czy uszatki z różnych kontynentów. I mniejsze sowy – rzadkie syczki czy włochatki, stłoczone w niskich prostokątnych klatkach. Widziałam też zięby i szlarniki, zapakowane po 50-60 sztuk do jednej niewielkiej klatki. Koguty do walk kogutów – trzymane każdy w osobnej klatce, czy drób hodowlany – w obszerniejszych klatkach po kilka sztuk – miały w porównaniu z mniejszymi ptakami warunki komfortowe.

Malowane ptaki i fałszywa wolność

Między kurami domowymi były także – łatwe do przeoczenia dla wszystkich, prócz znawców – ptaki z gatunku kur bankiwa. To przodkowie hodowlanego drobiu, żyjącego wciąż jeszcze dziko w Azji Południowo-Wschodniej. Gatunek chroniony, trzeba dodać.

Łatwo było natomiast zauważyć – bo i o to chodziło – pojemniki z kurczętami. Niekoniecznie żółtymi, bowiem oferowane na Ptasim Targu kurczaki pokryte jeszcze puchem, farbuje się na różne jaskrawe kolory: niebieskie, seledynowozielone, intensywnie różowe itd. Takie podobno – w kolorach waty cukrowej czy gumy do żucia – bardziej podobają się dzieciom. Sprzedawca twierdził, że szczególnie dobrze jako zabawki czy „zabawne prezenty” sprzedają się kurczęta zielone.

Na targu było też wiele gołębi. Jeden z trochę mówiących po angielsku klientów, który mnie zagadnął (Indonezyjczycy chętnie rozmawiają z turystami, żeby „practice english”), wyjaśnił, że oferowane tu gołębie dzielą się na hodowlane – dla rasy albo jako pocztowe – oraz sprzedawane w celach spożywczych. Były jeszcze gołębie służące do… wypuszczania. Niektórzy klienci – często także turyści – chcieli bowiem w ramach „dobrego uczynku” uwolnić jakiegoś ptaka. Oferowano im gołębia, za którego klient płacił i którego wypuszczał. Jak wyjaśnił mój rozmówca, były to dobrze wytrenowane ptaki – wzlatywały w niebo, a potem od razu wracały albo wprost do
właściciela na targu, albo do jego domu w mieście. Nie hoduje się przecież gołębi, żeby je wypuszczać, prawda?

REKLAMA (3)

Na obrzeżach targu było wiele stoisk sprzedających klatki. Ręcznie robione, misternie plecione, rzeźbione, czasem naprawdę piękne. Szkoda, że… klatki.

Cyweta
Cywety hodowane dla odchodów | fot. Marta Tutaj

Cywety do kawy

Nie lepiej było w innych częściach bazaru. Tu siedzący na koszu, przywiązany za ogon legwan zielony, tam stłoczone w maleńkiej klatce kolorowe gekony, jeszcze gdzie indziej kilka waranów monitorów upchniętych w wąskich, podłużnych pudłach. W brudnym akwarium kilka węży lub gromada żab, które Chińczycy kupują do… jedzenia (jest to podobno cenione tradycyjne danie). Obok klatki z kotami i królikami, kosze ze szczeniakami; dalej w stalowej klatce smutne, drzemiące lemurki lori kukang. I niskie, zrobione z gęstej siatki klatki z mangustami i cywetami. Mangusty sprzedaje się (podobno) jako zwierzęta tępiące szczury i węże. Cywety czeka dziwniejszy los – w hodowli karmi się je ziarnami kawy, by z ich odchodów (!) przyrządzać specjalny rodzaj kawy: kopi luwak (warto zapamiętać nazwę, żeby nigdy nie skosztować!). Poza tym feromony cywet to utrwalacz zapachów, chętnie, choć nie zawsze legalnie, skupowany w przemyśle perfumeryjnym. A same cywety to – niestety – kolejny gatunek zagrożony.

A były jeszcze np. klatki ze stłoczonymi w nich nietoperzami, wiszącymi na górnych prętach i spadającymi na dno klatki w miarę, jak umierały…

Po tych „atrakcjach” nie bez ulgi przeszłam w tę część bazaru, gdzie sprzedawano karmę dla zwierząt: ziarno, owoce, świerszcze, karaczany, pasikoniki, krewetki i duże larwy. Większość turystów uważa tę część targu za najbardziej odstręczającą, bo sporo tu wijącego się i pełzającego robactwa. Mnie jednak ten widok przyniósł ulgę. I nie drgnęła mi już nawet powieka, gdy sprzedawca dużych bladych gąsienic, wijących się w dwóch dużych miednicach, raz sprzedawał je w torbach na wagę, raz zaś wrzucał do stojącego obok kociołka na palniku i serwował klientom gorące, jako przekąskę…

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze