Świńskie tematy

0
Świnie
fot. Marta Tutaj
REKLAMA

Świnia, jaka jest, każdy widzi… Choć i te zwierzęta, zasadniczo do siebie podobne, miewają dziwne obyczaje i egzotyczne nawyki. Przyznam też, że niewiele spotkań ze zwierzętami dało mi tyle emocji, co krótkie starcie z pewną azjatycką świnią.

Było to na wyspie Celebes, którą Indonezyjczycy nazywają Sulawesi, i zdarzyło się nocą. Mieszkałam w niewielkiej wiosce, odległej o trzy kilometry od wybrzeża i otoczonej dżunglą. Ścieżką przez dżunglę chodziło się na plażę. Kawałek, ale był to całkiem przyjemny spacer, o ile wyruszyło się o świcie i nie wędrowało wśród wilgotnego lasu w upale. Podczas tych spacerów opanowałam użyteczny zwrot w języku indonezyjskim: „Jalan jalan ke pante”, co znaczyło: właśnie, że idę na plażę. Wszyscy bowiem spotkani po drodze miejscowi ludzie – zbierający owoce, gałęzie, albo wędrujący gdzieś z wyładowanymi koszami chcieli wiedzieć, dokąd idę, by radośnie pokazać mi drogę.

Pewnego dnia nauczyciel z wioski (jedyny człowiek mówiący jako tako po angielsku) powiedział mi, że poprzedniej nocy na plaży widziano żółwia morskiego, składającego jaja. Pora składania jaj przez wielkie żółwie właśnie się zaczyna – jeśli wybiorę się na plażę nocą, może zdołam spotkać żółwicę. Postanowiłam odbyć spacer najbliższej nocy.

Spotkanie w mroku

Wyruszyłam po 22.00 i niespiesznie wędrowałam dobrze znaną ścieżką, tylko od czasu do czasu przyświecając sobie latarką. W zaroślach po jednej i drugiej stronie od czasu coś szeleściło, ale – poświeciwszy – widziałam tylko liście i gałęzie. Wiedziałam, że w okolicy żyją głównie makaki i ptaki. Owszem, zdarzały się samotnie włóczące się bawoły z wioski, na ogół jednak schodziły ludziom z drogi. Najbardziej niebezpieczne były – jeśli już – wałęsające się psy.

REKLAMA (2)

W pewnej chwili raczej poczułam niż zobaczyłam, że coś jest na ścieżce przede mną w odlegości 2-3 metrów, i – sądząc po odgłosie – grzebie w suchych liściach. Serce zabiło mi mocniej, bo bliski szelest w mroku, w tropikalnym lesie, zawsze trochę straszy. Przystanęłam, wstrzymując oddech, i ostrożnie poświeciłam latarką.

Przede mną na ścieżce stało stworzenie rozmiaru sporego psa. W świetle podniosło głowę i zwróciło ją w bok, najwyraźniej niezadowolone z iluminacji. Być może jednak snop światła sprawił, że na chwilę znieruchomiało.

Od razu rozpoznałam świnię. Na pewno jednak nie zwyczajną świnię. Jej pysk zdobiły bowiem całkiem niezwykłe „kły”, wygięte jak półpierścienie i rosnące w dziwnych kierunkach. Gdy świnia patrzyła na mnie z ukosa małymi oczkami, uświadamiałam sobie, że mam przed sobą jedno z najrzadszych zwierząt Azji. Babirussa!

Babirussa, choć zaliczana do świniokształtnych, nie jest typową świnią. Podobno jest bliżej spokrewniona z… hipopotamami, co stwierdzono na podstawie kopalnych szczątków i budowy żołądka. Babirussa nie ma też typowego ryja, pozwalającego ryć w ziemi, i nie rodzi – jak inne świnie – licznych młodych (najwyżej dwa w miocie). Jest parę gatunków tego zwierzęcia, żyjących m.in. na Sulawesi i wyspach Togian, w podmokłych lasach, w okolicach rzek. Z powodu polowań (mięso babirussy uchodzi za przysmak), zanikających środowisk i nielicznego rozrodu wszystkie odmiany są zagrożone. Na Sulawesi jeden z dwóch gatunków wymarł.

Przyrodnicy zadają sobie wiele trudu, by spotkać te niezwykłe i nieliczne świnie, ukrywające się podobno w lasach w centrum wyspy. Nie marzyłam nawet, że zobaczę babirussę na Sulawesi, a jednak jakimś cudem świnia z niezwykłymi kłami i hipopotamim żołądkiem zmaterializowała się na moment na ścieżce przede mną. Na moment, bo w następnej chwili ruszyła skokiem i zniknęła w zaroślach. Stałam mrugając, wciąż nie będąc pewna, co przed chwilą widziałam.

Potem poszłam na plażę, gdzie spędziłam parę godzin i nie zobaczyłam żółwia, bo tej nocy żaden nie przypłynął. Obejrzałam tylko przypominający ślad gąsienicy trop na piasku, pozostawiony przez żółwicę poprzedniej nocy. Ale choć był to zawód i tak nocny spacer opłacił się stokrotnie. Bo, gdy potem w ZOO w Singapurze zobaczyłam babirussy (mają tam niewielkie stadko), od razu rozpoznałam w nich krewne świnki spotkanej nocą na Sulawesi.

Świnia
fot. Marta Tutaj

Rodzina Pumby

Inne niezwykłe świnie często towarzyszyły mi w RPA i Suazi (Eswatini), gdzie mieszkałam jakiś czas w parku narodowym Mlilwane. W zasadzie było to odnowienie znajomości, bo afrykańskie guźce nie są na szczęście tak rzadkie jak babirussy, i parę lat wcześniej wielokrotnie widywałam je podczas safari w Kenii i Tanzanii. Nigdy jednak tak blisko jak w Mlilwane, gdzie guźce chętnie pasły się na koszonych przez ludzi trawnikach.

REKLAMA (3)

Przy moim schronisku był niewielki, zasypany liśćmi basen, z którego jednak chętnie korzystaliśmy, bo po dłuższej wędrówce w afrykańskim słońcu każdy potrzebował ochłody. W Mlilwane nie brakowało co prawda malowniczo położonych wśród traw stawków, ale żyły w nich krokodyle i hipopotamy, a w potokach i płytkich bajorkach – drapieżne sumy. Basen przy schronisku był bezpieczniejszą opcją. Miał jeszcze i tę zaletę, że gdy siedzieliśmy w nim, oparci o brzeg, guźce pasły się na trawie nie dalej niż dwa metry od nas. Przy okazji mieliśmy więc kawałek safari.

Rozsławione przez Pumbę z „Króla Lwa” guźce nie są świniami typowymi – żyją w kopanych w ziemi norach, a żerują na klęczkach. Mają niebyt masywne, ale ostre kły, rosnące całe życie – u starych samców mogą one mieć ponad pół metra długości. Ale młode – które najczęściej wraz z samicami przychodziły nad basen – nie mają kłów i wyglądają jak szczeciniaste maskotki. Większość guźców wędruje po sawannie w rodzinnych stadach. Jeśli coś je spłoszy, widok jest niezwykły, bo uciekają z zadartymi w górę, pędzelkowatymi ogonkami.

Świńskie sztuczki

Na Borneo zawarłam znajomość ze świnią brodatą – największą podobno z dzikich świń. Nazwa pochodzi od pięknych, szczeciniastych bokobrodów, jakie noszą te świnie. W parku Bako świnie brodate chodziły między bungalowami, nie obawiając się specjalnie ludzi, i miałam okazję się przekonać, jak szybko uczą się te naprawdę inteligentne stworzenia. Nie tylko warowały przy restauracji i pokazywały rozmaite „sztuczki” jedzącym na tarasie turystom, ale i chodziły za stadami małp, które… okradały kuchnie i lodówki w bungalowach. Był to przykład międzygatunkowej współpracy mimo woli – małpy otwierały szafki czy lodówki i wynosiły na zewnątrz wszystko, co tam znalazły. Owoce i chleb zjadały od razu, natomiast puszki, słoiki i inne zamknięte opakowania porzucały, nie umiejąc ich otworzyć. Na to czekały świnie brodate, które racicami i ryjem zaczynały pracować nad puszkami i pojemnikami, i robiły to tak długo, póki nie wydobyły zawartości. Dzika świnia walcząca z puszką pasztetu – był to spektakl sam w sobie!

Natomiast w Kolumbii, w parku Ocarros, poznałam pekari. Mieli tam dwa gatunki tych świniokształtnych (i całkiem kształtnych) stworzeń. Ocarros to rodzaj ZOO, ale część zwierząt – np. małpki saimiri, ptaki, żółwie, jaszczurki – nie przebywa w wybiegach, lecz wędruje po parku jako wolni rezydenci. Pekari żyły w obmurowanych wybiegach i poświęcały sporo czasu i starań, by się z nich wydostać. Aby sforsować murek, potrafiły wspinać się na pnie drzew i czepiać kopytkami kamieni, a ryjki wyciągały do ludzi ruchem tak wzruszającym, że zwiedzający prosili obsługę, by je wypuścić. Pracownicy parku przyznawali, że kiedyś tego próbowano. Pekari jednak nieustannie zaczepiały zwiedzających, domagając się smakołyków. Biegały za ludźmi i wtykały im ryjki do kieszeni. A trawniki i klomby zamieniły wytrwałą nocną pracą w błotniste klepiska…

Bo świnie są i inteligentne, i pracowite.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze