Oscarowa „Ida”, czyli

0
ida
ida
REKLAMA

Do dziesięciu razy sztuka
Oscar w tej kategorii powędrował do rąk Polaka po raz pierwszy w historii kina, choć „Ida” była dziesiątym polskim filmem kandydującym do tej nagrody jako produkcja nieanglojęzyczna. Przed nią wśród nominowanych kolejno były: „Nóż w wodzie” Romana Polańskiego, „Faraon” Jerzego Kawalerowicza, „Potop” Jerzego Hoffmana, „Ziemia obiecana” Andrzeja Wajdy, „Noce i dnie” Jerzego Antczaka, „Panny z Wilka”, „Człowiek z żelaza” i „Katyń” Wajdy oraz „W ciemności” Agnieszki Holland.
– Sądzę, że dobrze się stało, że nie zgłosiliśmy „Idy” do konkursu w zeszłym roku, choć formalnie było to możliwe, o nominację ubiegał się wtedy „Wałęsa” Wajdy. Dzięki temu film Pawlikowskiego zyskał cały rok wielkich triumfów i sukcesów, których zwieńczeniem jest nagroda Oscara – mówi krytyk i publicysta Łukasz Maciejewski, tłumacząc fenomen obrazu, któremu udało się to, czego nie osiągnął żaden z jego znakomitych poprzedników.
W tegorocznym wyścigu „Ida” pokonała czterech bezpośrednich rywali, z których najgroźniejszym w zgodnej opinii krytyków był rosyjski „Lewiatan” Andrieja Zwiagincewa.
– Na sukces „Idy” wszyscy liczyliśmy, ale baliśmy się, że „Lewiatan” sprzątnie nam tę nagrodę sprzed nosa – przyznaje Maciejewski, wspominając bardzo intensywną promocję rosyjskiej produkcji tuż przed rozdaniem Oscarów. – Okazuje się jednak, że nie wszystko można kupić za pieniądze – dodaje.
Do Oscara nominowani byli także operatorzy „Idy” – Łukasz Żal i Ryszard Lenczewski. Jednak w kategorii „Najlepsze zdjęcia” polski film musiał ustąpić pola głównemu triumfatorowi hollywoodzkiej gali – „Birdmanowi” Alejandra Iñárritu, ze zdjęciami Emmanuela Lubezkiego. Choć oczywiście sama nominacja to duże wyróżnienie dla młodych twórców.

Wyboista droga do sukcesu
Wracając wszakże do „Idy”, trzeba powiedzieć, że kariera filmu przebiegała bardzo kapryśnie. Światową premierę miał 30 sierpnia 2013 r. na Telluride Film Festival w stanie Kolorado, polską – w dwa tygodnie później na 38. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, gdzie otrzymał Złote Lwy. Po czym z jednej strony „Ida” w krótkim czasie zdobyła dziesiątki prestiżowych nagród w kraju i na świecie, z drugiej nie została doceniona na wielkich festiwalach, jak choćby w Cannes czy w Wenecji. Lepiej też film sprzedawał się zagranicą niż w Polsce. W ubiegłym roku miał w naszym kraju tylko 114 tys. widzów, gdy w tym samym czasie we Francji obejrzało go 500 tys., a w USA – 600 tys. odbiorców.
Nie pokochali go też tarnowianie. Na 28. Tarnowskiej Nagrodzie Filmowej otrzymał wprawdzie Nagrodę Specjalną ufundowaną przez Telewizję Kino Polska, ale w rywalizacji o Grand Prix czy Nagrodę Publiczności przegrał z „Papuszą” Joanny i Krzysztofa Krauze oraz z „Chce się żyć” Macieja Pieprzycy. W kinie Millennium, gdzie wyświetlany był na jednym seansie przez dwa tygodnie, zobaczyło go tylko 260 osób. W repertuarze Marzenia nie pojawił się w ogóle, za wyjątkiem oczywiście pokazu festiwalowego i pojedynczej projekcji dla młodzieży szkolnej.
Natomiast całkiem niespodziewanie entuzjastyczne opinie zebrał w Stanach Zjednoczonych na mocno skomercjalizowanym rynku. Zachwycali się nim wprawdzie głównie ludzie z branży – krytycy, aktorzy, reżyserzy (m.in. Barbara Streisand, Julianne Moore, Pedro Almodovar), ale jak na tak kameralne dzieło widownię też zdobył całkiem sporą.
Sukcesem „Idy” w końcu zdziwiony był sam jej twórca Paweł Pawlikowski, który odbierając Oscara z rąk Nicole Kidman nienaganną angielszczyzną absolwenta Oksfordu pytał retorycznie: „Jak się tu znalazłem? Nakręciłem czarno‑biały film o potrzebie ciszy, wycofania się ze świata i kontemplacji, a teraz jestem tutaj w epicentrum hałasu i uwagi świata. Życie jest pełne niespodzianek”.

REKLAMA (3)

Ważna każda minuta…
„Ida” to rzeczywiście film kameralny, dramat psychologiczny, który przenosi nas do Polski z lat 60. ubiegłego wieku. Anna, wychowana przez zakonnice sierota, za namową matki przełożonej przed złożeniem ślubów zakonnych odwiedza swoją jedyną żyjącą krewną, ciotkę Wandę. Od niej dziewczyna dowiaduje się o swoim żydowskim pochodzeniu i poznaje swoje prawdziwe imię – Ida Lebenstein. Wie, że jej rodzice nie przetrwali wojny, ale chcąc poznać okoliczności ich śmierci, wyrusza z ciotką do miejscowości Piaski, gdzie znajdował się jej dom rodzinny. Wspólna podróż na polską prowincję okaże się dla obu kobiet doświadczeniem, które zaciąży na ich życiu. Bohaterki zestawione są na zasadzie kontrastu – ciotka, stalinowska sędzina, przepełniona sarkazmem i cynizmem, nadużywa alkoholu, nie stroni od seksu i odpalając papierosa od papierosa, wspomina czasy, gdy jako „krwawa Wanda” skazywała na śmierć wrogów ludu. Bogobojna Ida skrywa ciało pod habitem i modli się za duszę krewnej, znosząc przy tym pokornie kolejne jej wyskoki. Kobietom udaje się poznać straszną prawdę o śmierci rodziców Idy, skrywaną przez byłego sąsiada, w międzyczasie niedoszła zakonnica wdaje się też w romans z przystojnym saksofonistą. Zakończenie fabuły filmu pozostaje otwarte, zaskakuje widza i pozostawia z mnóstwem wątpliwości i pytań, na które sam musi znaleźć odpowiedzi.
Film buduje wspaniała gra aktorska Agaty Kuleszy i Agaty Trzebuchowskiej, perfekcyjne czarno‑białe zdjęcia, fabularne niedomówienia, precyzyjnie przemyślane następstwo scen i sekwencji oraz muzyka, w której mieszają się stare polskie przeboje z Coltranem, Bachem i Mozartem. Trafnie „Idę” podsumował amerykański krytyk James Adams: „Film trwa tylko 80 minut, ale (…) każda z nich jest ważna”.

REKLAMA (2)
Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze