Odzyskujemy Ziemię

0
Grzegorz Miecugow
REKLAMA

I chociaż każda dewastacja jest dla mnie bez sensu, to ta wieloletnia, nasza, polska jest absurdalna do kwadratu. O ile bowiem od biedy mogę zrozumieć żołnierzy Armii Czerwonej, którzy wkraczali w 1945 roku na teren znienawidzonego wroga i niszczyli wszystko jak leci z zaciekłością podobną do tej, jaką mieli w sobie niemieccy żołnierze, gdy trzy lata wcześniej palili rosyjskie wsie i chutory, o tyle nie rozumiem, dlaczego po 1945 roku niszczyliśmy to, co było nasze. Dlaczego metodycznie paskudziliśmy naszą wspólną przestrzeń? Owszem, zaraz po wojnie, gdy pokój wisiał na włosku, a III wojna światowa wydawała się być rozwiązaniem nader prawdopodobnym dla tamtego świata, brak dbałości o wspólne dobro na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych nie dziwił, a nawet był czymś naturalnym w tamtej, niestabilnej rzeczywistości. Ale dlaczego paskudziliśmy to później, za Gomułki, Gierka czy Jaruzelskiego? Trudno mi znaleźć odpowiedź na to pytanie.
Prawdopodobnie my, Polacy, mamy w ogóle jakiś problem z estetyką. Pokraczne budynki pełniące rolę pawilonów handlowych, posterunków policji (wcześniej milicji), różnego rodzaju urzędów czy hoteli, jak ten naprzeciwko Wawelu, który w latach 70. ubiegłego stulecia powstał na miejscu stadionu Garbarni, a dziś nie wiadomo co z nim zrobić, bo nawet wysadzenie go w powietrze wydaje się być zbyt drogie i niebezpieczne, więc takie szkaradzieństwa stawialiśmy wszędzie, jak Polska długa i szeroka. Tyle że budowanie gargamelów w pobliżu czegoś pięknego, proporcjonalnego i cudownie zakomponowanego wydaje się być bardziej niezrozumiałe niż stawianie takich budowli w szczerym polu. Ale cóż, tacy jesteśmy, nie potrafimy pilnować wspólnej przestrzeni, w większości powiatów nie mamy planów zagospodarowania przestrzennego, więc jak komuś nagle przyjdzie jakaś fantazja, to potrafimy znienacka pomalować jakieś osiedle na wściekle zielono albo walnąć w środku miasta dom z jasnoniebieskim dachem. Płoty oddzielające polskie domostwa od dróg są – moim zdaniem – najbrzydsze w Europie (a już naprawdę najpaskudniejsze są wymyślne betonowe płoty dwu‑ lub nawet trzykolorowe).
I taka to jest moja pierwsza, może nieco przydługa refleksja z mojego kilkudniowego wyjazdu do poniemieckiego miasteczka. Ale nie jest to na szczęście refleksja jedyna. Druga i następne refleksje są już o wiele bardziej pogodne i pozytywne.
Oto bowiem zauważyłem, że to byle jakie podejście do otaczającego nas świata, albo inaczej mówiąc do naszego najbliższego otoczenia, powoli, ale jednak zmienia się. I to na lepsze. Myślę, że prawdziwym początkiem wielkiej zmiany była reforma samorządowa i wybieranie prezydentów i burmistrzów w wyborach bezpośrednich. Gdy władza ma konkretną twarz, to stara się jej nie stracić. Stąd też zapewne biorą się wieloletnie, czyli inaczej mówiąc – wielokadencyjne sukcesy wielu włodarzy miast. Ale mam też przekonanie – i jest to kolejna refleksja – że ani dobrzy prezydenci, ani fundusze unijne niczego by nie dały, gdyby nie pojawiła się zmiana w społeczeństwie. Ludziom wyraźnie zaczęło zależeć na tym, żeby woda w jeziorze była niezatruwana, żeby drogi były równe, a ulice posprzątane. Gorzej jest oczywiście z tą estetyką. Jeżeli komuś podoba się pstrokate osiedle, to dosyć trudno jest to zmienić, ale na przykład Niemcom podobają się krasnale ogrodowe i w niczym to nie wpływa na ogólną estetykę niemieckich miast i miasteczek, które są zdecydowanie ładniejsze niż te nasze. Wiele w tym zakresie mogłyby dać na przykład lekcje plastyki, które wrócą do naszych szkół, jeżeli ludzie tego zechcą. A wtedy naprawdę odzyskamy Ziemie Odzyskane.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze