Niekoniecznie też wyobrażał sobie swoje zwycięstwo nad Lechem Wałęsą ówczesny przewodniczący Komisji Konstytucyjnej i skutkiem tego jest konstytucja, w której prezydent jest mocno niedookreślony. Z jednej strony ma bardzo mocny mandat do rządzenia, bowiem jest wybierany w wyborach powszechnych, ale z drugiej strony ma związane ręce, bo silniejszą pozycję konstytucja daje premierowi, który jako żywo nie jest w pełnym tego słowa znaczeniu wybrańcem narodu.
Cały ten problem przerobiliśmy w latach 2007 – 10, a apogeum sporu przypadło na czas kiedy prezydent Kaczyński i premier Tusk walczyli o to, który z nich będzie szefem polskiej delegacji podczas unijnego szczytu. Na zdrowy rozum, po prawie 20 latach od przyjęcia naszej konstytucji, rzeczywiście warto by się zastanowić jak to naprawić, i to naprawić nie dostosowując do bieżącej sytuacji, ale bardziej gruntownie. Tymczasem politycy przelewają tysiące słów, z których niewiele wynika, a pan prezes Kaczyński, mijając się z prawdą, twierdzi, że powodem naprawy konstytucji powinno być to, że w Konstytucji 3 Maja zapisano jej przegląd co 20 lat. W tamtym dokumencie jest sugestia przeglądu co 25 lat, ale to się działo ponad 200 lat temu i nie ma dziś nic do rzeczy. Ważne jest tylko to, że dokument zasadniczy nie działa i dlatego warto go zmienić. A podstawowym pytaniem jest to, w którą stronę ta zmiana powinna iść.
Czy chcemy demokracji podobnej do tej francuskiej, w której prawdziwym szefem jest prezydent, czy bardziej nam się podoba system niemiecki, w którym prezydent jest swego rodzaju dekoracją, a rządzi kanclerz, czyli premier. Tyle że o tym nikt nie dyskutuje. Podobnie dzieje się właściwie wszędzie. Nie rozmawiamy o istocie funkcjonowania Trybunału Konstytucyjnego, tylko jedna strona krzyczy, że w czerwcu 2015 zrobiliście coś, a druga woła, najpierw wydrukujcie, potem możemy dyskutować. Nie zastanawiamy się nad istotą i sensem funkcjonowania mediów publicznych, tylko palcem pokazujemy na tych, którzy zaleźli nam za skórę, a że parę lat minęło od przejęcia radia i telewizji, to grupa tych, którzy komuś się nie podobają, jest całkiem spora. Nie dyskutujemy o wyzwaniu, jakim są dla świata zagrożenia terrorystyczne. To znaczy, wprowadzając szerokie możliwości inwigilowania społeczeństwa, rządzący oczywiście zasłaniają się tym, że od czasu ataku na WTC mamy na świecie do czynienia ze zorganizowanym terroryzmem, ale właśnie, raczej jest to zasłona dymna niż jakakolwiek debata. Taką przeprowadzono na przykład w Stanach Zjednoczonych, a jej efektem było wpisanie w prawo pewnych mechanizmów kontrolnych, które mają zapobiec nadużywaniu władzy przez tak zwane służby. Nie dyskutujemy o roli Kościoła w Polsce. Tylko jedna strona pomstuje na przywileje, a druga te przywileje rozdaje (co ciekawe, w tym sporze akurat PO i PiS jest po jednej stronie). Nie prowadzimy poważnej dyskusji na temat kryzysu demograficznego, ograniczając się do wprowadzenia programu 500 +, który to program niczego w sprawie katastrofy demograficznej nie rozwiąże, bo wyludnianie się krajów europejskich to nie tylko kwestia tego, że rodzi się mniej dzieci, ale także jest to skutek polityki imigracyjnej. Wreszcie nie rozmawiamy o tym, jakiej Europy chcemy. Prezes Kaczyński ogranicza się do stwierdzenia, że żaden polityk przy zdrowych zmysłach nie będzie wyprowadzał swojego kraju z UE (w Wielkiej Brytanii są szaleńcy?), a opozycja organizuje marsze, w których deklarowane jest nasze przywiązanie do Europy, tyle że nie do końca wiadomo do jakiej. Wygląda mi na to, że my Polacy mamy jedną specjalność – bicie piany.
Bicie piany
REKLAMA
REKLAMA




















