Intronizacja zasypie podziały?

0
Grzegorz Miecugow
REKLAMA

Odbyło się to w Wilanowie z fanfarami i przytupem, a jeszcze 25 lat temu Lechowi Wałęsie dokument w tej sprawie przesłano pocztą. Dla jasności: nie jestem za powrotem do przaśności. Instytucja prezydenta państwa jest stosunkowo młoda, była wprawdzie już w II RP, ale to były czasy przedtelewizyjne, więc trudne do porównania, i pewien blichtr, obudowywanie tego symbolami jest dla mnie jak najbardziej zrozumiałe i wręcz pożądane.
Problem leży zupełnie gdzie indziej. Problem jest w ludziach. Zdumiewający bowiem był klimat wywołany przez wszystkich tych, którzy przyjechali do Warszawy nie na inaugurację prezydentury, ale na intronizację albo na inaugurację pontyfikatu. I wcale nie przesadzam. Pani poseł Pawłowicz tak właśnie warszawskie uroczystości się skojarzyły – dla niej na ulicach było tak, jak podczas pielgrzymki papieża, w domyśle Jana Pawła II. I nawet trudno się dziwić. Transparent „Habemus presidentem” pokazywały telewizje na wszystkich kontynentach. Ktoś może powiedzieć, że ludzie czują, jak czują, i gdzie tu jest problem? A moim zdaniem kłopot polega na tym, że gdyby tam, w pobliżu archikatedry, przed pałacem prezydenckim albo na placu Piłsudskiego, znalazła się grupa ludzi, która zachowywałaby się tak, jak od lat zachowuje się grupa nienawistników na Cmentarzu Powązkowskim podczas obchodów kolejnych rocznic wybuchu powstania warszawskiego, czyli zaczęłaby buczeć na prezydenta Dudę, to prawdopodobnie zostałaby taka grupa mocno poturbowana, jeżeli nie zlinczowana. I ten klimat mówi wiele o Polsce AD 2015.
Inną zdumiewającą kwestią jest to, w jaki sposób traktowany jest przez większość hierarchów polskiego Kościoła Bronisław Komorowski. I nie przyjmuję tutaj argumentów, że w ostatnich tygodniach sprawowania swojego urzędu pan prezydent podpisał jakieś ustawy, z którymi Kościołowi jest absolutnie nie po drodze, bo mało mnie interesuje to, z czym jakiejś skostniałej instytucji łatwo się jest pogodzić, a z czym nie. Przypomnę zresztą, że za twierdzenie, że to Ziemia kręci się wokół Słońca, a nie odwrotnie, całkiem niedawno temu jeszcze można było zapłacić głową. Bronisław Komorowski był tak traktowany przez polskich hierarchów Kościoła, a przynajmniej przez znaczną ich część, także 5 lat temu, kiedy jeszcze nie podpisał niczego, a był jedynie kandydatem na prezydenta. W dodatku na pierwszy rzut oka był kandydatem (a raczej powinien być) z punktu widzenia Kościoła wręcz wymarzonym. Katolik, ojciec pięciorga dzieci, z piękną, przez nikogo niekwestionowaną kartą opozycyjną, w której nie brakowało także więzienia. Jednak wtedy Komorowski musiał ustąpić na rzecz bezdzietnego kawalera, którego komuniści nigdy nie uznali za na tyle groźnego, by go posadzić.
Przyznam się, że nie wiem, dlaczego Kościół za wroga wybrał sobie tę właśnie część naszej sceny politycznej. Jest ona dla Kościoła (wiem, że nie całego) wyraźnie groźniejsza od całego stada Leszków Millerów. To się wyraźnie przenosi w dół. I to stawia przed nowym prezydentem bardzo trudny próg do przeskoczenia. Jeżeli bowiem poważnie potraktować deklarację prezydenta, że dla niego podstawowym zadaniem jest przełamywanie poddziałów i powrót do takiej wspólnoty, z jaką mieliśmy do czynienia w zamierzchłej przeszłości czasów pierwszej „Solidarności”, to trzeba przyznać, że jest to plan tyleż śmiały i ambitny, co trudny, by nie powiedzieć niemożliwy do zrealizowania. Żeby jednak być sprawiedliwym, to trzeba zauważyć, że pierwszy krok do takiego pojednania został wykonany. Do maja, czyli do wyborów prezydenckich, część naszego społeczeństwa śpiewała w Kościołach, by Pan wrócił nam Ojczyznę wolną, a dzisiaj oczekują, że Pan Bóg wolną Rzeczpospolitą zachowa. Zawsze to coś.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze