Myślę tu o technologii. Najemnicy z „Psów wojny”, gdy rozstawali się po przegranej wojnie, umawiali się na kontakt za pośrednictwem baru, do którego lubili chodzić. Szakal od czasu do czasu dzwonił pod umówiony numer, by dowiedzieć się, co o nim wie ścigająca go policja. Te perypetie komunikacyjne są dość ważną częścią obu powieści. Dziś nie wyobrażamy sobie świata bez sieci, bez sms i telefonii komórkowej.
Gdy byłem dzieckiem, i wyjeżdżałem na wakacje, to rodzice nie mieli ze mną kontaktu przez pełne 4 tygodnie. Owszem, w trakcie tego miesiąca wysyłałem do domu ze dwa listy, ale one szły długo i gdy docierały do domu, siłą rzeczy były średnio aktualne. Dwadzieścia parę lat temu codziennością było stanie w kolejce do budki telefonicznej i pisanie sążnistych podań o przyznanie telefonu. Dziś telefonów komórkowych jest w naszym kraju chyba więcej niż obywateli. Jest to ewidentny postęp, prawda? Tyle że postęp nie zawsze jest tylko korzystny. Lawina doniesień o tym, jak bardzo jesteśmy inwigilowani, daje sporo wiedzy o tym, czym skutkuje komunikacyjny postęp.
Gdy przekraczamy granicę kraju, nasz telefon otrzymuje informację o taryfach obowiązujących u naszego sąsiada. Skąd sieć telefoniczna wie, że na jej terenie pojawił się nowy telefon? Dostaje ona informację właśnie z naszego telefonu, który co kilkanaście sekund wysyła sygnał, szukając najsilniejszej anteny. Miejsce pobytu każdego posiadacza telefonu komórkowego można ustalić z niezwykłą wręcz precyzją. Prywatni detektywi często z tego korzystają i kupują dane od operatorów, które to dane najczęściej służą ocenianiu winy podczas spraw rozwodowych. Edward Snowden, który uświadomił nam wszystkim skalę inwigilacji dokonywanej przez amerykańskie służby specjalne, powinien dostać pokojową nagrodę Nobla. Nie dostał jej (i zapewne nie dostanie), bo noblowski komitet woli nie zadzierać z USA, ale od czasu jego ucieczki do Rosji nic już nie zostało takie samo.
Niby nie jest niczym zaskakującym to, że służby nas podsłuchują. W USA po 11 września 2001 roku obywatele nawet się na to zgodzili, bo wiedzieli, że jest to w ich interesie i że inwigilacja podnosi poziom wspólnego bezpieczeństwa, ale dzisiaj widać jak na dłoni, że jednak pewne granice zostały przekroczone. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że w czasach grożącego nam terroryzmu tworzenie systemu, który zapuszcza macki do Internetu czy na chybił trafił podsłuchuje połączenia telefoniczne, ma sens. Ale ten sens jest tylko wtedy, jeżeli system jest nastawiony na wyłapywanie groźnych słów lub podejrzanych zwrotów. Podsłuchiwanie konkretnych osób jest też do zaakceptowania, pod warunkiem że są uzasadnione podejrzenia, że osoba ta jest groźna dla ładu publicznego i że organ nadzorujący służby (na przykład sąd) wyda na to zgodę. Podsłuchiwanie Angeli Merkel czy też innych przywódców takiego sensu nie ma. Jest to wręcz niewyobrażalnym skandalem, z którego Jankesom będzie się bardzo trudno wytłumaczyć. Może przy tej okazji powróci temat podsłuchów u nas. Jak wiadomo w ostatnich latach liczba takich operacji zwielokrotniła się w naszym kraju w sposób lawinowy, chociaż nie bardzo wiadomo, dlaczego tak się stało, i nie do końca jasnym jest, czy przestrzegane są procedury dotyczące inwigilacji.
Inwigilacja
REKLAMA
REKLAMA




















