Jeszcze raz o Ukrainie

0
Grzegorz Miecugow
REKLAMA

Po pierwsze, nie przypuszczałem wówczas, z jak wielką determinacją walczyć o Ukrainę będzie Rosja. Putin może zlekceważyć aspiracje Mołdawii czy Gruzji, z którą i tak od wielu lat ma na pieńku, ale nie może odpuścić Ukrainy, której przeciętni Rosjanie i tak nie uważają za odrębny byt. Jeżeli nawet potwierdzają, że Ukraina jest dziś samodzielnym państwem, to tęsknią do przeszłości i do mocarstwa, jakim przed laty był ZSRR. Powrót mocarstwa jest możliwy bez krajów nadbałtyckich, ale nie bez Ukrainy. I trzeba przyznać, że Rosja ma potężne narzędzia pozwalające naciskać na Ukraińców. Zamknięcie przez Rosję kurka gazowego czy też podniesienie ceny ropy może doprowadzić i tak niezbyt mocną gospodarkę Ukrainy do natychmiastowego bankructwa. Dlatego zrozumiałą jest taktyka Ukraińców, którzy od lat balansują między UE i Rosją. Bo dopóki w zasięgu Ukrainy nie pojawią się inni niż Rosja dostawcy paliw, dopóty nie można Rosji powiedzieć – nie.
Po drugie, mój dzisiejszy sceptycyzm w sprawie możliwości dołączenia się Ukrainy do Europy bierze się stąd, że nieudany szczyt w Wilnie przesłonił nam troszkę istotę zagadnienia. Podpis, którego prezydent Ukrainy nie złożył pod dokumentem stowarzyszeniowym, nie ma aż takiego znaczenia, jakby to się mogło wydawać na pierwszy rzut oka. Ogromne demonstracje w Kijowie, przemoc, na którą pozwalają sobie ukraińskie władze wobec protestujących, dają wielu komentatorom okazję do powiedzenia, że jesteśmy świadkami jakiegoś przełomu. Tymczasem przełom na Ukrainie już był 9 lat temu. Tyle że Ukraińcy ten przełom zmarnowali. Wiktor Juszczenko został zmieciony ze sceny politycznej, Julia Tymoszenko jest w łagrze, ale nawet jeżeli z niego wyjdzie, to nie sądzę, by miała prostą drogę na polityczne szczyty. Nawet gdyby Wiktor Janukowicz złożył ten podpis na dokumencie potwierdzającym gotowość Ukrainy na stowarzyszenie się z Europą, to i tak przed Ukrainą byłby marsz, którego trud jest wręcz niewyobrażalny. Polska potrzebowała 20 lat, by dostosować się do wymagań UE. Ukraina politycznie i gospodarczo jest dziś w sytuacji gorszej niż Polska z 1994 roku, a to właśnie wtedy wchodziła w życie nasza umowa stowarzyszeniowa.
No i po trzecie wreszcie, równie wielkim kłopotem na drodze do jednoczenia się Europy jest fakt, że sama Unia ma dziś poważną zadyszkę. Gdzie nam do tego optymizmu z końca ubiegłego stulecia? Wtedy wszystkim wydawało się, że wzrost jest nieuchronny, a znoszenie kolejnych granic i kolejnych barier tylko ten wzrost spotęguje. W 2004 roku, gdy to my ostatecznie dołączyliśmy do UE, nikt nie kwestionował zasady, że trzeba być solidarnym, czyli że bogaci płacą więcej niż biedni. Dzisiaj ta zasada nie jest już tak oczywista. W całej Europie narasta frustracja, zwłaszcza wśród młodych obywateli, którzy nie widzą dla siebie przyszłości, i coraz chętniej wsłuchują się w nacjonalistyczne wrzaski. Wiele wskazuje na to, że w przyszłości o pracę dla młodych wcale nie będzie łatwiej niż dzisiaj, bo w czasach automatyzacji produkcji w ogóle pracy będzie coraz mniej. Automat zawsze będzie tańszy od człowieka. Europa nie wie, czy bardziej się jednoczyć, nie wie, czy chce rywalizować z gigantami, czy raczej się ograniczyć. Europa nawet nie potrafi o tym poważnie rozmawiać. I gdzie tu znaleźć miejsce na zastanawianie się nad Ukrainą?

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze