Oto nasz ukochany rząd wyciąga rękę do osób przed 35. rokiem życia i dopłaca im 10% do kredytu zaciągniętego w banku na zakup mieszkania. W projekcie jest sporo furtek. Na przykład jeżeli w małżeństwie tylko jedna osoba ma poniżej 35 lat, to nie jest to żadną przeszkodą. Kredyt mogą brać także single. Państwo zwiększa też dopłaty dla rodzin wielodzietnych. Może lubię szukać dziury w całym, ale tutaj widzę niestety sporo dziur.
Pierwsza siedzi w głowach nas wszystkich. W Polsce przywykliśmy uważać, że trzeba mieć własne mieszkanie. Ale na pytanie, dlaczego tak ma być, dosyć trudno jest znaleźć odpowiedź. Własne mieszkanie kupione na kredyt jest rodzajem młyńskiego kamienia przywiązanego do szyi. Kto bowiem jest nas w stanie zapewnić, że za 5 lat będziemy mieli pracę? Ba, kto nam ją zagwarantuje w przyszłym roku? A kredyt brany jest na dłużej, w przypadku MdM na minimum 15 lat. Poza tym własne mieszkanie czyni Polaków mniej mobilnymi. Mieszkaniec Rzeszowa może by i odpowiedział pozytywnie na ofertę pracy w Krakowie, no ale mieszkanie ma przecież w Rzeszowie. Co z nim zrobić? Wynająć? Ale komu? A co będzie, jak wynajmujący je zniszczy? I tak dalej, i tak dalej. Znaki zapytania tylko się mnożą. Poza tym, jeżeli młodzi biorą ślub, a potem kredyt na mieszkanie, to statystyki mówią, że 1/3 tych związków rozpadnie się po mniej więcej 7 latach – i co wtedy z mieszkaniem, co z kredytem? Ano kłopot. Dlatego wolałbym, żeby państwo angażowało się w tworzenie systemu budowania tanich mieszkań na wynajem, co pewien czas zresztą się o tym mówi, niestety, tylko mówi.
Socjologowie uważają, że nasza młoda emigracja uciekła na Wyspy Brytyjskie nie tylko w poszukiwaniu pracy, ale także dlatego, że tam można tanio wynająć mieszkanie. No, ale odłóżmy na bok spekulacje, bo od nich ani nie przybędzie mieszkań do wynajęcia, ani nie zmieni się nasza mentalność. Na razie mamy to, co mamy, czyli MdM.
Wcześniej przyznałem, że w projekcie jest sporo furtek, teraz chciałbym się skupić na drzwiach na głucho zamkniętych. Głównym zakazem w tym projekcie jest zakaz kupowania mieszkań na rynku wtórnym. To musi budzić zastanowienie, bo przecież mieszkania na rynku wtórnym są znacznie tańsze niż te na rynku pierwotnym, a młodzi nie są zbyt zamożni. Gdyby zatem mogli kupić mieszkanie nie za 500 tysięcy, ale za 250, to byłoby im na pewno lżej spłacać ten mniejszy kredyt. Tylko może twórcy ustawy wcale nie mieli zamiaru wspomóc młodych? Może to wcale nie jest MdM, tylko MdD, czyli mieszkanie dla dewelopera?
Dla nikogo nie jest tajemnicą, że w ostatnich latach dosyć trudno jest sprzedać mieszkanie i to na dowolnym rynku. Znajomi od 3 lat próbują sprzedać mieszkanie w dobrej warszawskiej lokalizacji i chociaż dwukrotnie obniżali cenę, to nadal nikt lokalu nie chce kupić. Podobnie jest z nowo budowanymi apartamentowcami. W większości budynków wybudowanych w ostatnich 3 latach blisko 1/3 mieszkań czeka na właściciela. I tak jest nie tylko w największych polskich miastach. A może to jest także MdB, mieszkanie dla banków. Jak wiadomo bowiem, deweloperzy nie budują za swoje pieniądze, tylko biorą na budowę kredyt z banku. Coś mi się zatem wydaje, że jak tylko trochę się poskrobie przy tej ustawie, to czarno na białym widać, że najmniej chodzi tu młodych.
Mieszkanie dla kogo?
REKLAMA
REKLAMA




















