Prace obu tych komisji powołanych przez partię rządzącą mają oczywiście wykazać, że główny przeciwnik polityczny rządzących jest winien malwersacji, przekrętów i oszustw.
Z Amber Gold może być to o tyle utrudnione, że tuż obok, właściwie na wyciągnięcie ręki, jest sprawa „Skoków”, czyli sieci instytucji finansowych założonych przez polityka PiS i prowadzących dość podejrzaną działalność, która w dodatku przynosi ogromne straty nam wszystkim, bo to, że nie cierpią bezpośrednio klienci „Skoków”, spowodowane jest tym, że lokaty w „Skokach” objęte są ochroną funduszu gwarancyjnego. Oznacza to, że gdy bankrutuje jakiś „Skok”, to na to bankructwo zrzucają się wszyscy ci, którzy mają pieniądze w jakimkolwiek banku, a przyznam, że nie znam nikogo, kto nie miałby rachunku bankowego. W sumie przez ostatnich kilka lat „Skoki” kosztowały nas 5 miliardów złotych, co oznacza, że każdy podatnik dołożył do tego interesu jakieś 180 złotych. Niby nie jest to fortuna, ale znam sposoby lepszego wydania tych pieniędzy. Rządzący nie chcą jednak badać sprawy „Skoków”, pozostając przy Amber Gold, (chociaż bardzo jestem ciekaw, co się stanie, gdy potwierdzą się pogłoski, że na początku Amber Gold były fundusze „Skoków”).
Reprywatyzacja w Warszawie bije we wszystkich rządzących w stolicy w ostatnich prawie 30 latach, jednak ewidentnie najmocniej w obecną panią prezydent, czyli w Hannę Gronkiewicz Waltz, oraz w PO, która przez długie lata nie potrafiła przyjąć jakichś ogólnych zasad pozwalających zwracać obywatelom to, co utracili w wyniku dekretu Bieruta. Brak tych regulacji doprowadził do sytuacji, że ciężar reprywatyzacji spoczął na barkach urzędników magistratu i sądów. Ani jedni, ani drudzy ciężaru tego nie udźwignęli. Mimo pojawiających się co pewien czas protestów, czy to lokatorów usuwanych z oddawanych kamienic, czy też organizacji społecznych albo publicystów, przez lata oddawano działki i budynki często tym, o których z pewnością można było powiedzieć, że nie żyją (nie ma cudów, nie żyjemy 120 lat), albo którzy do takiego zwrotu nie mieli prawa, bo na przykład byli obywatelami państw, które już kilkadziesiąt lat temu zrzekły się wszelkich roszczeń. (Casus działki tuż obok Pałacu Kultury, należącej kiedyś do obywatela Danii, która to Dania w latach 50. zrzekła się roszczeń).
Patrzę na to wszystko ze smutkiem potęgowanym przez pewne podejrzenie, które jakiś czas temu zrodziło się w mojej głowie i niestety nijak nie chce tej głowy opuścić. Otóż podejrzewam, że ani za Amber Gold, ani za warszawską reprywatyzacją nie stoją żadne super mózgi. Nie mam na to żadnych dowodów poza intuicją podpartą na przykład sprawą katastrofy smoleńskiej. Jako obywatel wolałbym, żeby TU‑154 runął na ziemię z powodu zamachu wrażych sił i bomby podłożonej na pokładzie samolotu. Fakt, że 96 osób zginęło z powodu nieprzestrzegania procedur i zwykłego polskiego bałaganu, w jakiś sposób jest trudny do przyjęcia dla wszystkich ludzi, którzy od 28 lat pracują w wolnej Polsce i starają się swoją pracą wzmacniać tę Polskę. Podobnie jest z tym nieszczęsnym Amber Gold i warszawską reprywatyzacją. Jako obywatel wolałbym, żeby to wpływowa mafia doprowadziła do tego, że Marcin P., który założył Amber Gold i gdzieś zakopał miliony, które na tym zarobił, po kolejnych aferach, w których brał udział, i kolejnych wyrokach sądów nie miał odwieszanych wyroków poprzednich. Wolałbym też, żeby to jakiś super gangster spowodował, że Nadzór Ruchu Lotniczego nie otrzymywał wymaganych do otworzenia linii lotniczych (w tym wypadku OLT, części Amber Gold) dokumentów. Boję się jednak (chociaż oczywiście mogę się mylić), że niestety był to bałagan.
Jako obywatel od lat grzecznie płacący podatki wolałbym, żeby warszawskie zwroty nieruchomości były częścią jakiegoś przebiegłego spisku, ale mam podejrzenie, że chociaż, owszem, kilka osób kręciło przy okazji lody, to jednak całość była wynikiem chaosu, niechlujstwa i bałaganu panującego na wszystkich szczeblach administracji.
Moje podejrzenie
REKLAMA
REKLAMA




















