Rosja sprawdza

0
Grzegorz Miecugow
REKLAMA

Tym europejskim snem była Europa zjednoczona i bezpieczna. Marzenie to pojawiło się gdzieś w końcówce II wojny światowej w głowach kilkudziesięciu osób, ale nazwane zostało parę lat później przez ówczesnego ministra spraw zagranicznych Francji, Roberta Schumana. To on, wraz z Jeanem Monnetem i Konradem Adenauerem, wtedy kanclerzem Niemiec, doprowadził w 1950 roku do podpisania porozumienia o wspólnym zarządzaniu na rynku węgla i stali. Brzmi to skromnie, ale tak właśnie powstała EWG, czyli poprzedniczka Unii Europejskiej. Szlachetni ci mężowie stanu nazwali po imieniu to, co kołatało się w głowach wszystkich ludzi, którzy przeżyli traumę II wojny i zrozumieli, że wojna jest destrukcją, a przyszłość należy do konstrukcji. Dzięki powstaniu EWG, czyli dzięki porozumieniu między Niemcami i Francją zniknął powód podstawowego europejskiego konfliktu, czyli spór o dominację któregoś z tych krajów. Potem do obu tych krajów dołączyły się następne i tak to trwało aż do 1989 roku, czyli do momentu zawalenia się porządku jałtańskiego. Wtedy bowiem nastąpiła eksplozja optymizmu, pojawiła się bowiem wizja zjednoczonej Europy od Zachodu aż po Wschód, Europy solidarnej, wyrównującej nierówności i naprawiającej błędy popełnione przez aliantów w Teheranie i w Jałcie, kiedy to Churchill i Roosevelt uwierzyli w dobre intencje Stalina, co zaowocowało wieloletnim zniewoleniem narodów wschodniej i centralnej Europy.
Wtedy, w końcówce XX wieku i na początku wieku XXI, wszystko wyglądało klarownie. Handlujmy, otwierajmy rynki, znośmy zakazy, likwidujmy granice, wprowadzajmy wspólną walutę, w końcu wszystkim nam się to opłaca, a przecież opłacalność jest najważniejszym kryterium.
Tymczasem trochę ponad rok temu pojawił się problem na Ukrainie. Jakaś część Ukraińców dała się uwieść europejskiej wizji i zaprotestowała przeciwko prezydentowi Janukowiczowi, który nie chciał podpisać dokumentów będących początkiem drogi Ukrainy do zjednoczonej Europy. To zaowocowało efektem domina. Najpierw Rosja postanowiła zaatakować Krym. Z sukcesem. Potem ta sama Rosja postanowiła zaanektować całą Ukrainę, jakby tym samym przyznając, że Rosjanie (wcale nie Putin, a właśnie Rosjanie) nigdy nie uznali państwowości i odrębności Ukrainy. I to im się najwyraźniej udaje.
Rosja powiedziała jednoczącej się Europie słowo doskonale znane z pokera – „sprawdzam”. Niestety, to sprawdzenie jest dla Europy bolesne. Współpraca i twórcza koegzystencja przegrywają z partykularnymi interesami poszczególnych krajów, które postawione pod ścianą, najczęściej ekonomiczną, wybierają coś, co nie jest interesem wspólnym. To jest casus Węgier, ale także Słowacji, Austrii, Wielkiej Brytanii oraz, niestety, Francji i Niemiec, czyli krajów, które poczęły wspólną Europę.
Nie łudźmy się, że Polska jest tutaj bez winy. W naszym kraju jest bardzo dużo nieufności do świata zewnętrznego. Jest to oczywiście zrozumiałe, bo historia nas raczej nie oszczędzała i w każdej rodzinie mamy kogoś, kto ucierpiał z rąk Niemców, Rosjan czy też Ukraińców. A wszyscy jakoś ucierpieliśmy przez jałtańskich negocjatorów. Niemniej jednak w naszym kraju oczywistym są idee zjednoczonej Europy. Dla nas nie podlega dyskusji fakt, że współpraca i współdziałanie jest jakąś wartością. My doskonale sobie dajemy radę przy wolnym rynku i otwartej konkurencji. Ale też lepiej niż inni zdajemy sobie sprawę z tego, że dla Rosjan to nie są wartości, za które warto oddawać głowę. Dlatego wszelkie ekonomiczne sankcje Zachodu wobec Rosji są mniej warte, niżby się to Zachodowi wydawało. Dla Rosjan, których zakładnikiem jest Putin, najważniejsze jest to, żeby się z nich nie śmiano, ale żeby się ich bano.
I mają to. Ja się ich boję.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze