Co prawda w niektórych komentarzach po tej decyzji można wyczytać jakoby do tej pory aborcja była grzechem tak ciężkim, że w ogóle uniemożliwiającym rozgrzeszenie, ale to nieprawda. Grzech co prawda jest śmiertelny, ale jednak możliwy do rozgrzeszenia, chociaż nie przez wszystkich spowiedników. W Polsce mogli to robić proboszczowie a w specjalnych okolicznościach wszyscy księża po co najmniej trzech latach od święceń. Teraz papież Franciszek rozciągnął ten przywilej na wszystkich spowiedników, oczywiście pod warunkiem wyznania żalu i postanowienia poprawy, ale i tak jest to swego rodzaju rewolucja, zwłaszcza w naszym kraju.
Przypomnę, że w Polsce 22 lata temu przyjęto ustawę nazywaną kompromisową, według której usuwać ciążę można legalnie tylko w kilku, dosyć mocno ograniczonych przypadkach. Po pierwsze: gdy ciąża jest zagrożeniem dla życia i zdrowia kobiety; po drugie: gdy badania wykazują ciężkie uszkodzenie płodu; po trzecie: gdy do ciąży doszło w wyniku na przykład gwałtu.
W praktyce przez te prawie ćwierć wieku ustawa niczego do końca nie załatwiła. Owszem, usuwanie ciąży „na życzenie” jest w naszym kraju nielegalne, ale tajemnicą Poliszynela jest fakt, że Polki jeżdżą na zabiegi aborcyjne do Czech, do Wielkiej Brytanii, a przede wszystkim do Niemiec. Tam zresztą otworzono tuż za granicą szpitale z polskim personelem, w których takie zabiegi są przeprowadzane. Całe zatem, ponaddwudziestoletnie zadęcie w tej sprawie, sprowadzić można do jednej konstatacji – w Polsce nie wolno usuwać ciąży „na życzenie”, ale jeżeli się troszkę poszuka, to można to zrobić za dopłatą w krajach ościennych. I tyle. Aż tyle i tylko tyle. I gdy każdego roku przed Sejmem staje minister sprawiedliwości i wylicza ile było w Polsce przypadków aborcji, to mamy do czynienia z niebywałą wręcz eksplozją hipokryzji. O tym jaka jest prawda wiedzą bowiem i ci nieliczni posłowie, którzy słuchają wynurzeń ministra, i sam minister, i oczywiście całe stado urzędników, którzy mu to nieszczęsne sprawozdanie przygotowali.
Co gorsza jednak, w naszym kraju coraz trudniej można realizować zasady ustawy z 1993 roku. Kilka lat temu głośna była sprawa Alicji Tysiąc, której zdrowie było zagrożone ciążą, a dwa lata temu w Warszawie wybuchła sprawa doktora Bogdana Chazana, który nie powiedział młodemu małżeństwu, że ich dziecko urodzi się z tak ciężkimi uszkodzeniami genetycznymi, że nie będzie miało szansy przeżycia nawet kilku miesięcy. Gdy sprawa wyszła na jaw, na aborcję było już za późno. Chazan przestał być szefem jednej z warszawskich klinik, ale stał się bohaterem aborcyjnych fundamentalistów.
Oznacza to, że po 22 latach problem powraca. Kompromis aborcyjny nie jest już żadnym kompromisem ani dla większości hierarchów kościelnych, ani dla tychże fundamentalistów. Widać to po dyskusji wokół zapłodnienia „in vitro”. 22 lata temu metoda ta była już doskonale znana i wtedy jakoś hierarchów nie oburzała, a dzisiaj wzywa się do nieudzielania Komunii Świętej Bronisławowi Komorowskiemu, tylko dlatego, że jako prezydent podpisał ustawę regulującą stosowanie metody „in vitro”. (Dodajmy, że Polska była ostatnim europejskim krajem, który te sprawy prawnie uporządkował).
W ogóle mam dziwne wrażenie, że dla sporej części hierarchów, a więc dla tego Kościoła, który znamy w Polsce, ważniejszym niż ludzie są zarodki. Hierarchowie z troską pochylają się nad istotą przed narodzeniem, a to, co z tą istotą stanie się później, wydaje się ich interesować trochę mniej. Dlatego to, co zaproponował papież Franciszek musi budzić niepokój hierarchów. Ciekaw jestem jak sobie z tym niepokojem poradzą.
Na miłosierdzie boskie…
REKLAMA
REKLAMA




















