Schetyna, ale nie sam, bo także liczne grono jego kolegów (co ciekawe rzadziej koleżanek) dało się trafić prostym trikiem PiS, czyli postawieniem czterech w miarę prostych pytań, na które odpowiedzi miały pokazać, jaki jest w istocie program największej partii opozycyjnej. Co ciekawe, odpowiedzi na te pytania właściwie były znane. PO chce utrzymać program 500 +, a nawet go rozszerzyć (jak to zrobi, to już zupełnie inna historia, która jeszcze nie raz im się odbije czkawką). PO chce rozpędzić IPN i CBA. PO uważa, że nie da się utrzymać niskiego wieku przechodzenia na emeryturę. PO jest zdania, że pod pewnymi warunkami nasz kraj musi przyjmować uchodźców. Inna sprawa, że łatwiej takie pytania postawić niż krótko na nie odpowiedzieć, ale się da.
Tymczasem PO zwlekała z odpowiedzią, a napięcie rosło. Gdy w końcu Grzegorz Schetyna odpowiedział, to mleko się rozlało. Okazało się bowiem, że główną różnicą programową między PiS i PO jest stosunek do IPN i CBA. Uchodźcy natomiast w ogóle nie są problemem, bo przecież właściwie ich nie ma. I mówił to człowiek, który przez kilkanaście miesięcy był ministrem spraw zagranicznych i który musi wiedzieć, że do Europy każdego tygodnia przypływa około 10 tysięcy osób szukających na naszym kontynencie nowego domu. Może w ostatnich miesiącach rzadziej widzimy w przekazach telewizyjnych tłumy szturmujące jakąś granicę czy zdjęcia z obozów dla uchodźców, ale to przecież nie znaczy, że oni zniknęli. Oni jak najbardziej są i z problemem tym zmagają się przede wszystkim Grecy i Włosi, a Europa musi tym krajom, które mają pecha być najbliżej Afryki Północnej, jakoś pomóc. Dlaczego zatem pan Schetyna zrobił z siebie idiotę?
Ano wiedział, że ludzie, na których głosy jego partia liczy na początek w sondażach, a w dalszej perspektywie w wyborach, w swej masie nie chcą uchodźców w Polsce. Schetyna wiedział i wie to, co Kaczyński podbił słowami przed dwoma laty, czyli że Polacy boją się obcych. Ten strach jasno widać we wszelkich badaniach opinii publicznej. Można się zastanawiać, skąd się ten strach bierze, i wskazywać na sejmowe przemówienie Jarosława Kaczyńskiego z początku 2015 roku (to z pierwotniakami i chorobami, których roznosicielami są przybysze spoza Europy) albo na kolejne relacje z zamachów terrorystycznych w Belgii, Francji czy w Niemczech. Przekaz, który się przebił w sprawie wszelkich zamachów jest taki – ich autorami są islamiści, islamiści to uchodźcy. To jest oczywiście uproszczenie. Co więcej, najczęściej przeciwko ładowi panującemu w Europie występują ludzie, którzy tu się urodzili i wychowali. To, że wierzą w Allacha jest kwestią wtórną.
Oczywiście nie jest to sprawa marginalna i fakt, że do Europy garną się dziś głównie muzułmanie, nie jest bez znaczenia, ale wydaje mi się, że my, Polacy, bylibyśmy przeciwko uchodźcom także wtedy, gdyby byli buddystami, chrześcijanami czy wręcz ludźmi bez żadnej wiary. Taki bowiem mamy dziś w Polsce klimat, że niechętnie patrzymy na przybyszów. Nawet bliscy nam kulturowo Ukraińcy są przez nas tolerowani przede wszystkim dlatego, że nie spotykamy ich w grupie, ale indywidualnie w szpitalu, restauracji czy na budowie. Gdyby byli nie tak rozproszeni, ale tworzyli jakieś grupy, już byłby kłopot. Dlaczego tak się dzieje? Ano z różnych powodów. Po pierwsze nasz kraj jest etnicznie niezwykle jednorodny. Leżymy na uboczu, także gospodarczym, i przez to jesteśmy mało atrakcyjni, przez co nasza jednorodność w zasadzie nigdy nie została zmącona. Po drugie – i kto wie, czy nie jest to powód ważniejszy – jesteśmy na dorobku. Bogacimy się. Pierwszy raz od wielu lat mamy szansę coś mieć, i to nie takie małe „coś”, często nawet takie „COŚ”. Boję się, że jest to odczucie dosyć powszechne. I każdy, kto z ubolewaniem kiwa głową nad zaściankowością i niskimi pobudkami naszych rodaków, niech zacznie od siebie i odpowie na pytanie, czy zgodziłby się na ośrodek dla uchodźców koło swojego domu.
Obcy o bram
REKLAMA
REKLAMA




















