Potem PO i PiS się rozpadły. PO zostało w opozycji, PiS wzięło na barki ciężar rządzenia. I to też była mocna opozycja, może czasami krzykliwa i przechodząca w histerię, ale nadal merytoryczna i mocno punktująca ówczesną władzę, też nieco histeryczną, bo egzotycznie koalicyjną, gdyż między PiS, Samoobroną i LPR nie było szczególnych więzi programowych, a to, co tamtą władzę łączyło, to była miłość do władzy.
Od 10 lat mamy do czynienia z opozycją rozpaczliwie słabą. Po wyborach 2007 roku PiS nie przyjęło do wiadomości porażki i kontestowało prawie cały porządek w państwie. Prawowitą częścią władzy był dla PiS jedynie prezydent Kaczyński, po katastrofie smoleńskiej główna partia opozycyjna nie uznawała już państwa w całości. Nawiasem mówiąc; ciekawe jest to, jak krótką pamięć mają wyborcy. Przez lata karmieni sensacjami na temat przyczyn rozbicia się Tu‑154 dziś jakby przechodzili do porządku nad tym, że rządzący nic o tym straszliwym wypadku nie mówią. Nie ma aktów oskarżenia, nie ma not dyplomatycznych wzywających Rosję do zwrotu wraku, nie ma wreszcie wniosków o międzynarodowe śledztwo w tej sprawie.
Wracając do PiS jako opozycji, to myślę, że efektem negowania państwa jako całości było to, że PO rządziła drugą kadencję. Na trzecią zabrakło już pary. Do urn poszli nowi wyborcy słabo pamiętający grzechy PiS, natomiast dobrze widzący grzechy PO i ci ostatni zostali odesłani do opozycji. Po ponad roku widać, jak słabą ta opozycja jest. I nie myślę tu tylko o PO. Oczywiście można wszystko zwalić na słabość liderów. Bo rzeczywiście pan Petru, który w październiku kupił bilety na samolot do Portugalii i uznał, że skoro ma kłopoty z ich zwróceniem, to jednak na sylwestra poleci w ciepłą stronę Europy, nie bacząc na to, co dzieje się w Polsce, nie tylko strzelił sobie w stopę, ale przy okazji trafił się w kolano i biodro. Pan Kijowski, który po ostatnich wyborach dobrze zdiagnozował sytuację naszego kraju i powszechnie panującą niechęć do partii politycznych, stanął na czele KOD, firmując swoją twarzą ruch ponadpartyjny, a jednocześnie mocno opozycyjny, wykazał się żałosną wprost nieporadnością w sprawach życiowych. Ktoś, kto nie potrafi uregulować swoich spraw alimentacyjnych i wchodzi w nieporadne szwindle na poziomie faktur za kilkadziesiąt tysięcy złotych, nie może być twarzą opozycji, której zadaniem jest patrzenie na ręce władzy. Na ręce władzy powinien patrzyć ktoś, kto własne ręce ma niezajęte wystawianiem lewych faktur. W opozycji są jeszcze panowie Schetyna i Kosiniak – Kamysz, ale delikatnie mówiąc, nie są to liderzy charyzmatyczni. Być może zresztą charyzma nie jest czymś niezbędnym do tego, by stać na czele jakiejś grupy ludzi. Być może wystarczy, by wszyscy wokół wiedzieli, co polityk pragnie zbudować, jaki kraj chciałby po sobie zostawić.
Tymczasem ja nie mam zielonego pojęcia o tym, czego pragnie pan Grzegorz Schetyna, ponieważ jako obywatelowi nie wystarcza mi to, że odwróci zmiany wprowadzone przez PiS. Owszem, z radością przyjmę przywrócenie wagi i powagi Trybunału Konstytucyjnego i jestem pewien, że kiedyś do tego dojdzie, ale wcale mi nie zależy na tym, żeby do tego doszło za sprawą Grzegorza Schetyny. Nie wiem, bowiem co pan Grzegorz Schetyna sądzi o konieczności zmian w Unii Europejskiej. Nie wiem czy pan Schetyna zastanawia się nad wejściem Polski do strefy Euro, a jeżeli już go ktoś o to wprost zapyta, to jakoś dziwnie jestem przekonany, że nie będzie miał na ten temat zdania, poza ogólnikowym, że trzeba o tym porozmawiać. Nie wiem, jaki pomysł ma lider opozycji w sprawie setek tysięcy uchodźców szturmujących Europę. Nie wiem też, co lider PO myśli o przyszłości energetyki i konieczności odejścia od spalania węgla, to w dłuższej perspektywie, ani nie wiem, co pan Schetyna uważa, że powinno się zrobić już dziś z powietrzem, którym w naszym kraju coraz trudniej się oddycha.
W Polsce politycy chyba uważają, że definicją bycia w opozycji jest niebycie przy władzy. A to jest stanowczo za mało.
Opozycja
REKLAMA
REKLAMA




















