Mam na myśli rolę telewizyjnych debat w wyborach prezydenckich. Obie debaty Bronisław Komorowski wygrał, tak przynajmniej wynika z badania opinii publicznej, a całe wybory jednak wyraźnie przegrał. Dlaczego? Ano prawdopodobnie ci, którzy przeważyli szalę zwycięstwa na korzyść Andrzeja Dudy, w ogóle debat nie oglądali. Ba! Prawdopodobnie rośnie w naszym kraju, i w ogóle w kręgu naszej cywilizacji, liczba ludzi, którzy najzwyczajniej telewizji nie oglądają. Dla mnie, człowieka związanego z telewizjami od 25 lat, nie jest to może konstatacja najweselsza, ale z pokorą pochylam głowę przed czasami, w których królową Telewizję na tronie zastępuje Jego Wysokość Internet.
Urzędujący prezydent przegrał w sieci miażdżąco. Zbadanie tego, dlaczego tak się stało, jest prawdziwym wyzwaniem dla socjologów i politologów. Podejrzewam, że powodem jest nie tylko to, że sztab Bronisława Komorowskiego najwyraźniej zlekceważył media społecznościowe. Równie ważne, a może nawet ważniejsze stało się to, że popieranie prezydenta nagle stało się „obciachem”. Dlaczego? No właśnie. Może początkiem kłopotów prezydenta była wizyta w Japonii? Może wykłócanie się na wiecach z narodowcami? A może, dość słabo – jak się później okazało – uzasadniona pewność siebie, czasami wyglądająca na pychę. A może wszystko po trochu? Nie wydaje mi się bowiem prawdopodobne, by całą tę negatywną kampanię w sieci prowadziła jakaś wynajęta przez PiS firma. Gdyby tak było, to wybory byłyby tylko rywalizacją firm PR, a tak jednak nie jest. Negatywne przekazy trafiały po prostu na podatny grunt.
Dlaczego ten grunt był tak podatny, nie wiem. Tak samo nie wiem, jaki jest, i czy w ogóle jest, wspólny mianownik dla dwóch filarów zwycięstwa Andrzeja Dudy. Pierwszy to ci wspomniani buszujący w sieci i nieoglądający telewizji, a drugi to wieś. Prezydent elekt zdeklasował rywala na wsi. I znowu – dlaczego? Bo chyba nie dlatego, że wieś ledwie wiąże koniec z końcem, bo przecież tak nie jest? Wieś ma się w Unii Europejskiej przecież całkiem dobrze. Statystycznie nigdy nie miała się lepiej. Ktoś powie, że kierunek chłopom pokazywano w trakcie mszy, ale to też nie jest takie proste. Chłopi mają swoje rozumy i nieraz już bezskutecznie próbowano im wciskać jakieś prawdy. Zwykle dobrze wykształceni kandydaci budzili w nich nieufność, ale nie tym razem.
Co będzie dalej? Znowu nie wiadomo. PiS po efektownym zwycięstwie wyraźnie odetchnął z ulgą. PO się miota, czego najlepszym dowodem były liczne wypowiedzi prominentnych polityków tej partii, którzy odpowiedzialnością za porażkę obarczali prezydenta, oraz wszystkie te wypowiedzi, z których wynikało, że Bronisław Komorowski będzie dla PO niezwykłym wsparciem, bo poparło go ponad 8 milionów wyborców. Tymczasem wiadomo, że znaczna część tych głosów to były głosy przeciwko Andrzejowi Dudzie (podobnie zresztą i Duda dostawał głosy przeciwko Komorowskiemu), a poparcie polityka, za którym – nie bójmy się tego powiedzieć – ciągnie się odium porażki (by nie powiedzieć klęski), może być średnio skuteczne.
Odnalazł się Palikot i udaje, że nic się nie stało, a przecież się stało, partia mu zniknęła. Kukiz pręży muskuły i nadal jest wielką zagadką, co ciekawe, nie tylko dla komentatorów, ale przede wszystkim dla samego siebie. SLD też spróbowało napiąć bicepsy, ale nikt nie wie, gdzie one są. Poszukiwania trwają. Jacyś młodzi nieokreśleni powołali nowe ciało (chyba nazywają się „Razem”), którego członkowie mają się charakteryzować tylko jednym, owóż mają być nieznani. Nowe ciało stworzył też Ryszard Petru, jego Nowocześni mówią to samo, co mówiła Platforma 14 lat temu, taka to nowoczesność. Z perspektywy czerwca druga połowa roku politycznie zapowiada się dosyć interesująco.
Refleksje powyborcze
REKLAMA
REKLAMA




















