Barry White

0
Fonograf
REKLAMA

Pół wieku temu wytwórnia 20th Century wydała drugi album Barry’ego White’a, zatytułowany Stone Gon’. Był to ważny krok artysty na drodze wiodącej ku błyskotliwej karierze muzycznej.

W latach mojej nastoletniej młodości żadna dyskoteka nie mogła się obyć bez muzyki Barry’ego White’a. Ten ciemnoskóry artysta uwodził zwłaszcza dziewczęce serca głębokim, niskim głosem i przyjemnie hipnotyzującą muzyką. Po latach dowiedziałem się, że w Stanach Zjednoczonych poczyniono badania odnośnie autorów muzyki, przy której w latach 70. poczęło się najwięcej dzieci. Barry White okazał się bezkonkurencyjny.

Ten amerykański kompozytor, aranżer, wokalista i producent urodził się 12 września 1944 roku w Galveston w Teksasie. Dorastał jednak w Los Angeles. Tam, ponoć już w wieku 10 lat, dołączył do gangu. Jako siedemnastolatek za kradzież opon do Cadillaca trafił na cztery miesiące do więzienia. Podczas odsiadki słuchał w radiu piosenek Elvisa Presleya, a zwłaszcza It’s Now Or Never. Było to doświadczenie, któremu później przypisał wpływ na diametralną zmianę sposobu życia. Tak się bowiem podziało, że po wyjściu z więzienia opuścił gang i powrócił na muzyczną drogą, która zawiodła go na szczyty list bestsellerów zarówno w USA, jak i w innych częściach świata. Warto tu dodać, że jeszcze jako jedenastolatek towarzyszył na fortepianie Jesse Belvinowi w przebojowym temacie Goodnight My Love.

REKLAMA (2)

W pierwszej połowie lat 60. White nagrywał pod własnym nazwiskiem, pod pseudonimem Barry Lee, a także z wokalnymi grupami The Upfronts, The Atlantics i The Majestics. Renomę – jak podaje Encyklopedia Muzyki Popularnej – zyskał jako artystyczny opiekun piosenkarek Felice Taylor i Violi Wills.

W 1969 roku stworzył żeńskie trio Love Unlimited, w którego skład weszły Diana Taylor, Glodean James (jego przyszła żona) oraz jej siostra Linda.

W roku 1973 założył The Love Unlimited Orchestra, 40-osobowy band, który pierwotnie miał wspierać grupę Love Unlimited. W tym samym roku orkiestra wydała singiel z napisanym przez White’a utworem – Love’s Theme, który osiągnął pierwsze miejsce na liście magazynu Billboard. Niektórzy do dziś uważają Love’s Theme za pierwszy hit „ery disco”.

Wracam jednak do płyty Stone Gon’, która zarówno w Stanach, jak w Wielkiej Brytanii pokryła się złotem. Stephen Cook, krytyk i recenzent serwisu AllMusic, jakiś czas temu tak o niej napisał: Była drugim zbiorem zmysłowych utworów z niesamowitej serii, które White wyprodukował w pierwszej połowie lat 70-tych. Ta mieszanka miłosnych monologów i charakterystycznego wokalu stała się wyróżnikiem najlepszych piosenek (…), w tym dwóch, które znalazły się na czołowych miejscach list przebojów: „Honey Please, Can’t Ya See” i „Never, Never Gonna Give Ya Up”. Oczywiście pomysłowe aranżacje i sam zespół White’a wzbogaciły całość (…). Poza wspomnianymi hitami, utwory takie jak „You’re My Baby” i „Hard To Believe That I Found You” utrzymały wysoki poziom. Uzupełniały je hipnotyzujące tła i uwodzicielski wokal. Przy winie i blasku świec, pozostało tylko kwestią czasu, gdy wyjątkowo spokojny White, błoga fala smyczków i brzmienia saksofonu sprawią, że ich miłośnicy całkowicie się zatracą (…). White wykazał również wyjątkową wrażliwość w „Girl It’s True, Yes I’ll Always Love You”, piosence miłosnej równie szczerej i uduchowionej, jak większość, które stworzył.

Po przebojach z płyty Stone Gon’ przyszły jeszcze większe, zarówno solowe, jak i wspólne z The Love Unlimited Orchestra. We wszystkich obowiązywała ta sama formuła – łączące pop i soul zrelaksowane brzmienia z wyeksponowanymi nastrojowymi aranżacjami oraz, zwłaszcza w przypadku hitów solowych, uwodzicielskie melorecytacje. W lutym 1974 roku White uhonorowany został czterema złotymi płytami, dwoma za dokonania solowe i dwoma za krążki wydane z orkiestrą.

REKLAMA (3)

Mimo późniejszego spadku popularności, do końca lat 70. pozostawał estradowym idolem, a jego piosenki wciąż pobrzmiewały w dyskotekach i klubach tanecznych. W kolejnych dekadach artysta przypominał o sobie fanom. Zmarł w 2003 roku, dwa miesiące przed 59. urodzinami.

Na koniec krótka refleksja. U schyłku lat 70. termin disco stał się synonimem muzycznej sztampy, a delikatniej rzecz ujmując, muzyki dla niewymagających odbiorców. Co by jednak nie mówić, choć brzmienia disco stworzone przez Barry’ego White’a i dziś trudno uznać za wyjątkowo szlachetne, to jednak nie można im odmówić pewnej urody i uwodzicielskiej magii. Obecnie chyba nawet jest to bardziej dostrzegalne.

Najprawdopodobniej upływ czasu i sentymentalno-muzyczna patyna dodały kompozycjom White’a wintydżowej elegancji.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze