Beth Hart w Spodku

0
REKLAMA
Beth Hart w Spodku
fot. Krzysztof Borowiec

W ubiegły czwartek Beth Hart wystąpiła w katowickim Spodku, dwa dni później w warszawskiej Hali Torwar. Z pewną dozą podekscytowania wybrałem się na pierwszy z tych koncertów.

Co by nie mówić, od ponad dekady Beth jest moją ulubioną artystką. Dlatego też refleksja, którą na początek chciałbym się podzielić, zabrzmi nieco dziwnie. Tak się składa, że siła autosugestii bywa przeogromna. Osobiście doświadczyłem tego w przypadku mojego wielotygodniowego oczekiwania na katowicki koncert. W tym oczekiwaniu jakoś umknęło mi, że występ zatytułowany jest Beth Hart Solo. Umknęło, mimo że taki napis widniał w informacjach zamieszczonych w sieci, a także na biletach, którymi dysponował kolega (to, że bilet otrzymałem tuż przed koncertem, stanowić może pewne usprawiedliwienie). Mentalnie nastawiłem się na „elektryczno-czadową” Beth i żadna inna wersja nie przyszła mi do głowy. Jakiego rodzaju będzie to koncert, dotarło do mnie chwilę przed rozpoczęciem, kiedy zobaczyłem na scenie zestaw instrumentów i skromne nagłośnienie. Powiem tak: gdybym wiedział, że to „tylko” solowo-półakustyczny show, być może bym się nie wybrał. I co? I miałbym czego żałować, i to bardzo!

Urodzona w Los Angeles Beth Hart pierwszy sukces odniosła w off-broadwayowskim musicalu Love, Janis. Od tamtej pory bywa nazywana współczesnym wcieleniem legendarnej „Joplinki”. Ten sam rockowy temperament, zadziorna barwa głosu, niezwykła kreatywność, nieprzewidywalność – tak piszą o niej krytycy. W historii rocka Janis Joplin pozostaje dla mnie jedną z najważniejszych artystek wszech czasów, twierdzę jednak, że Beth Hart jest od niej wszechstronniejsza.

REKLAMA (2)

Od kilku lat regularnie odwiedza nasz kraj. Na początku występowała w mniejszych salach, ale podczas koncertu w ramach Ladies’ Jazz Festival w 2019 roku podbiła szerszą publiczność. Tamten gdyński show artystka rozpoczęła od przejścia środkiem płyty w stronę sceny, na której czekali na nią muzycy. Idąc wśród zaskoczonych widzów, przybijała z nimi „piątki”. Podobne zdarzenie miało miejsce w trakcie katowickiego występu.

Akustyczno-liryczno-refleksyjna Beth to rzadsze oblicze koncertowe tej znakomitej artystki. O fakcie, że potrafi poruszać piekielnie ekspresyjną interpretacją i zadziwiającym mocą głosem, wiedziałem od dawna, ale, że będąc sama na scenie (śpiewając bez instrumentów, z gitarą lub pianem), umie hipnotyzować aż do tego stopnia – tego nie wiedziałem. A jednak…

Beth jest czarodziejką, która na scenie bywa drapieżną lwicą, a gdy trzeba, przeistacza się w łagodną dziewczynkę i snuje najbardziej osobiste, wręcz intymne muzyczne opowieści. Jeśli dramaturgia tego wymaga, miota brzmieniowe gromy, ale gdy sięga po dojmujące historie – wzrusza, przy czym sama tego wzruszenia nie ukrywa. Kilka chwil potem potrafi otulić widza cudowną mgiełką kobiecego ciepła. To niezwykłe, a przy tym tak bardzo autentyczne.

W Spodku Hart wkroczyła na scenę w zupełnych ciemnościach. Usiadła na schodkach prowadzących na podest i zaczęła śpiewać. Dopiero wówczas padło na nią światło. Song wykonała bez akompaniamentu, jednak ekspresyjną interpretacją „zaczarowała” publiczność.

Podczas czwartkowego koncertu zabrzmiały i nośne numery (Bang Bang Boom Boom, Baby Shot Me Down, Bad Woman Blues), i liryczno-osobiste (War In My Mind, Leave The Light On). Doborowy zespół (Jon Nichols – gitara, Tom Lilly – kontrabas oraz Bill Ransom – instrumenty perkusyjne) – pojawiając się w połowie show – kapitalnie współkreował muzyczne światy artystki.

W Spodku sporo było o miłości. Za to tak ważne uczucie artystka dziękowała w utworze Better Man, który zadedykowała swojemu mężowi, mówiąc: On zbawił moją duszę, moje wnętrze, przyjął mnie i kochał wystarczająco długo, żebym ja pokochała siebie. Sprawił, że zakochałam się w życiu. On jest moim mężem. On jest moim domem. Jest cholernym cudem. Po tych słowach mąż, pełniący funkcję kierownika trasy, błyskawicznie pojawił się na scenie i czule objął małżonkę. Na twarzy Beth pojawiły się łzy. Widownia zerwała się z miejsc i nagrodziła artystkę oklaskami. Tu należy wspomnieć, że Hart przez lata walczyła z uzależnieniem od narkotyków, a z chorobą afektywną dwubiegunową zmaga się do dziś. Mąż, Scott Guetzkow, jest w tym wszystkim jej ostoją.

Na bis artystka zaserwowała w Spodku zeppelinowski miks złożony z utworów When The Levee Breaks i Dancing Days, a w finale urzekła piosenką Thankful – śpiewając: Thank you for the sunshine, Thank you for the light, Thank you for the moonshine, Thank you for the night.

REKLAMA (3)

Po czwartkowym wieczorze, kłaniając się nisko, powiedziałbym: Mrs. Hart, thank You for the music, thank You for the wonderful evening, thanks for all. God bless You.

# TEMI, Fonograf, Beth Hart w Spodku Krzysztof Borowiec, koncert Beth Hart Spodek Katowice Krzysztof Borowiec

 

 

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze