Clapton pojawił się na scenie o 20.33. Zanim to nastąpiło, zagrał zespół znanego i zasłużonego walijskiego gitarzysty Andy’ego Fairweathera Lowa. Warto przypomnieć, że Fairweather Low, oprócz udanych płyt solowych, ma na swoim koncie nagrania i występy z największymi (oprócz Claptona m.in. z Georgem Harrisonem i Rogerem Watersem). Bardzo żałuję, ale – z racji spóźnienia – usłyszałem tylko dwa ostatnie kawałki. Zatem, kto późno przychodzi, ten… No, trudno. Czas jednak na gwiazdę wieczoru.
Clapton, zgodnie z przewidywaniami, zaczyna akustycznie. Najpierw, z dedykacją dla „starych” miłośników jego talentu, intro Hello Old Friends, które otwierało wszystkie koncerty w tej trasie. Po nim jest ładnie kołyszący My Father Eyes. Ładnie – to odpowiednie określenie, ale niekoniecznie kompatybilne z powerem, a tym bardziej z czadem. Mistrz jednak doskonale o tym wie i zmienia „pudło” na fendera. Trzeci numer, pochodzący z repertuaru Derek & The Dominos – Tell Me Truth, jest pełną energii bluesrockową jazdą. Ogniste, gęste i soczyste granie. Staje się jasne, że tego wieczoru Clapton nikogo nie zawiedzie, zwłaszcza że ma wsparcie w świetnych muzykach, z których Doyle Bramhall II zasługuje na miano gitarzysty wybitnego.
W tej elektrycznej części brzmi jeszcze pięć utworów. Najpierw Gotta Get Over, potem z popisem Grega Leisza na gitarze hawajskiej My Woman Got A Black Cat Bone. Dalej Got To Better In A Little Chile z bardzo smaczną solówką gwiazdy wieczoru na „sfuzzowanym” wiośle. Kolejną jest – oparta na fajnym dialogu wokalnym jubilata z Paulem Carrackiem – kompozycja Come Rain Or Come Shine. I wreszcie słynna creamowska – Badge, cieszę się, bo bardzo ją lubię, a dla przykładu w Lipsku w jej miejsce zabrzmiała I Shot The Sheriif.
Po tym wszystkim Clapton zmienia swojego fendera. To znak, że następuje kolejna część akustyczna. Otwiera ją klimatyczny Driftin’ Blues z miotełkami i hammondem. Brzmi bardzo elegancko. Zaraz potem następują pierwsze dźwięki Layli. Na widowni aplauz, a ja, jakbym niedawno się urodził, odkrywam, że akustyczna wersja tego legendarnego utworu to jednak nie moja bajka, mimo że np. klawisze Carracka brzmią czarująco. Jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że dla młodszej części widowni to właśnie taka Layla jest tą bliższą, bo po prostu pierwszą usłyszaną. Mógłbym sądzić, że takie akustyczne kawałki mniej mi odpowiadają, ale nie! Za chwilę z przyjemnością wysłuchuję zagranej w tym secie piosenki Lay Down Sally z hawajską gitarą Leisza i ogólnie cudnym bujaniem. Nawet Wonderfull Tonight, poprzedzające Lay Down Sally, ma swój oryginalny urok. Zatem tylko dla tak podanej Layli moje „nie”, ale to jedyne tego wieczoru, zapewne też mocno odosobnione moje odczucie.
Nadchodzi czas na kolejny elektryczny set. Rozpoczyna go jeden z moich ulubionych numerów – Blues Power. Jest soczyście, gorąco, ale – nomen omen – power zostaje zmiękczony przez chórek pań, który niepotrzebnie nadaje temu czadowemu kawałkowi soulowych klimatów.
Dalej jest Love In Kain i kolejny, znany z repertuaru Cream Crossroads. Ten numer Roberta Johnsona zawsze, gdy gra go Clapton, jest mi bliski. Potem brzmi jeszcze jedna kompozycja Johnsona. To pełna cudownej energii, kojąca, wspaniała Little Queen Of Spades. Pięknie. Ot, takie małe muzyczne niebo.
Nadchodzi finał zasadniczej części programu – Cocaine. Ten numer J.J.Cale’a zawsze był pełen czadu w wykonaniu jubilata, tak jest i tym razem. Solidne gadanie klawiszy Carracka i Chrisa Staintona, gadanie wioseł Bramhalla i Claptona buduje power i nadaje ognia, aż żal, że to się musi skończyć, podobnie jak cały koncert.
Jest jednak bis. Jak wszędzie, także i w Łodzi najpierw brzmi Sunshine Of Your Love z czasów Cream, a potem cover Joe Cockera – High Time We Went. Creamowski numer, w którym Bramhall i Clapton śpiewają na przemian, to jazda totalna. Rozpędzony na maksa band łoi jak w transie, a pałker Steve Jordan daje swoim garom potężny wycisk. Nie mniej gorąco brzmi finał. Carrack śpiewa z żarem, gitarzyści wtórują mu w chórku, a do tego, żeby było radośniej, w środku pojawia się kilka taktów Satisfaction. Kiedy wszystko wybrzmiewa, a muzycy kłaniają się, nikt nie ma wątpliwości: ten wieczór to pełna, czasem nawet porywająca satysfakcja.
Clapton „na żywo”
REKLAMA
REKLAMA
![Utrudnienia w ruchu przy tarnowskim sądzie [ZDJĘCIA] Utrudnienia na ul. Dąbrowskiego](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Utrudnienia-ul.-Dabrowskiego-4-218x150.jpg)



![Dworek w Skrzyszowie po modernizacji [ZDJĘCIA] Dworek Skrzyszów](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Dworek-w-Skrzyszowie-2026-3-218x150.jpg)

















