Marc Bolan nie był wirtuozem gitary, ale jego charakterystyczne riffy, zwarta instrumentacja, wyważone partie solowe miały często więcej wyrazu niż popisy mistrzów, a były przy tym niewątpliwymi wyróżnikami jego stylu. Trudno też nazwać Bolana wybitnym wokalistą, ale w jego „rozchybotanym” głosie była pasja i żar. W tekstach natomiast potrafił stworzyć świat pełen baśniowych stworów i wyśnionych przyjemności.
W czasach triumfu Led Zeppelin, Deep Purple i Black Sabbath mógł irytować zwolenników mocnego rockowego łojenia. Trzeba jednak przyznać, że jego boogie‑pop‑rock ujmował chwytliwością melodii i charakterystycznym brzmieniem. Wypowiadanie się przy pomocy muzyki było dla niego sprawą na tyle osobistą, że poza kilkoma wyjątkami nie nagrywał cudzych kompozycji.
Mark Feld, bo tak w istocie się nazywał, kumplował się w szkole podstawowej z Keithem Reidem, późniejszym tekściarzem zespołu Procol Harum. Jako piętnastolatek przerwał swoją edukację i z gitarą pojawił się w małej knajpce londyńskiego Soho – „Two I’s”. Trzy lata później zarejestrował pierwsze nagrania dla wytwórni Decca. W 1966 roku pojawił się z utworem Hippy Gumbo w popularnym telewizyjnym programie Ready Stedy Go. Pierwszym nagraniem przez niego firmowanym, jakie dotarło na brytyjskie listy przebojów, była kompozycja Desdemona, nagrana w 1967 roku wspólnie z zespołem John’s Children.
Pierwszy, baśniowo‑hipisowski etap kariery Bolana zakończył się wraz z zelektryfikowaniem brzmienia. W październiku 1970 roku nazwę zespołu Tyrannosausrus Rex skrócił do T.Rex i wtedy też ruszył na podbój list przebojów. Najpierw było Ride A White Swan, hit numer dwa brytyjskiego zestawienia, potem nastąpiły numery jeden: Hot Love, Telegram Sam, Metal Guru oraz Get It On z albumu Electric Warrior, o którym teraz słów kilka.
Krążek rozpoczynała typowo Bolanowska kompozycja Mumbo Sun, takie niby boogie, nieco spowolnione, lekko transowe, z tajemniczym głosem lidera, jego fajnym zaśpiewem, charakterystycznymi pokrzykiwaniami i chórkami w tle.
Numerem dwa była rozmarzona, taneczna ballada – Cosmic Dancer. Dalej następował energetyczny hicior, jeden z najbardziej znanych kawałków T.Rex – Jeepster. Stanowił esencję Bolanowskiego stylu. Boogowaty rytm i gorący aranż kapitalnie współgrają tu z seksownym tekstem, w którym Marc śpiewa: Girl I’m just a vampire for you love, potem dopełnia: I’m gonna suck you, a na koniec w rozgrzanym, rozerotyzowanym finale pokrzykuje i rzuca dobitne: hot love. To jeden z kilku flagowych, najbardziej charakterystycznych Bolanowskich numerów godnych poleceniu komuś, kto nie zna, a chciałby poznać T.Rex.
Z kolei Monolith okazywała się kolejną piękną balladą z wokalnym tłem w wykonaniu Howarda Kaylana i Marka Volmana z zespołu The Turtles.
Pierwszą stronę winylowego wydania Electric Warrior zamykało fajne, zaprawione erotyką, podane w glam rockowym sosie bluesisko – Lean Woman Blues.
Po przełożeniu płyty na drugą stronę fan otrzymywał kolejną tireksowską petardę, czyli Get It On (Bang A Gong), absolutnie klasyczny hicior, w którym (nie pierwszy raz zresztą) Bolan porównywał obiekt swoich westchnień do odjazdowego samochodu (You’re dirty sweet/And You’re my girl…/You’re built like a car). Kawałek wydany na singlu stał się największym przebojem grupy w Ameryce. Potem była piosenka Planet Queen z fajnym akustycznym brzmieniem gitary, a następnie leniwie snująca się, rozmarzona, bajkowa Girl, w której śpiew Bolana i trąbka Burta Collinsa brzmiały unisono.
Dalej szedł bluesujący The Motivator, po nim urzekająca, klimatyczna perełka Life’s A Gas, a na finał zadziorny Rip Off z gniewnym wokalem i smyczkowo‑dętym tłem.
Album okazał się wyjątkowo równą produkcją, sprzedawał się znakomicie, a z czasem został zaliczony do najwybitniejszych płyt w historii glam rocka.
Na koniec smutne wspomnienie. Gdy o Bolanie świat już nieco zapominał, 16 września 1977 roku przed wyjściem do szkoły usłyszałem w Trójce wiadomość: dziś rano w wypadku samochodowym zginął Marc Bolan – założyciel i lider zespołu T.Rex. Mini morris, który prowadziła jego przyjaciółka Gloria Jones, zjechał z szosy i uderzył w drzewo. Dokładnie miesiąc wcześniej zmarł król rock and rolla – Elvis Presley. Dla mnie jednak było to mniej dojmujące wydarzenie niż śmierć Marca, który tuż po zgonie Presleya powiedział: dobrze, że nie przyszło mi umierać w tym samym czasie co Presleyowi. Gdyby tak się zdarzyło, nikt nie zauważyłby mojego odejścia.
Elektryczny wojownik
REKLAMA
REKLAMA
![Utrudnienia w ruchu przy tarnowskim sądzie [ZDJĘCIA] Utrudnienia na ul. Dąbrowskiego](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Utrudnienia-ul.-Dabrowskiego-4-218x150.jpg)



![Dworek w Skrzyszowie po modernizacji [ZDJĘCIA] Dworek Skrzyszów](https://www.temi.pl/wp-content/uploads/2026/01/Dworek-w-Skrzyszowie-2026-3-218x150.jpg)

















