Gallagher i „Blueprint”

0
REKLAMA

Gallagher i BlueprintW minioną sobotę minęło pół wieku od ukazania się krążka Blueprint trzeciego studyjnego albumu wybitnego irlandzkiego gitarzysty ‒ Rory’ego Gallaghera.

Powracam dziś do tej płyty z czystego sentymentu, bo w powszechnej opinii nie była ona jakimś szczególnym osiągnięciem Gallaghera. Dla mnie jednak miała duże znaczenie, była bowiem pierwszą (obok Tattoo), która w czasach zgrzebnego PRL-u trafiła w moje ręce. Przegrana na taśmę, często brzmiała w moim rodzinnym domu, a gdy nie było rodziców, brzmiała należycie głośno.

Trzeba podkreślić, że Blueprint była w pewnym stopniu płytą przełomową. W sesjach nagraniowych Gallagher zastąpił dotychczasowego perkusistę Wilgara Campbella Rodem de’Athem i zdecydował się dokooptować Lou Martina, klawiszowca z wcześniejszego zespołu de’Atha, Killing Floor. Z dwójki poprzednich muzyków pozostał basista Gerry McAvoy. Ten nowy, czteroosobowy skład grał razem przez pięć kolejnych lat. Stał się jednym z najbardziej udanych bandów Gallaghera i, co istotne, zarejestrował najpopularniejsze kompozycje gitarzysty. Występy kwartetu zostały udokumentowane w filmach oraz popularnych programach telewizyjnych, takich jak Rockpalast oraz Old Grey Whistle Test. Ciekawostką albumu Blueprint był fakt, że na jego okładce wykorzystano schemat wzmacniacza Stramp „Power Baby”, który został zaprojektowany na życzenie Gallaghera w Hamburgu. Jak wspominał niegdyś brat i menedżer artysty, Donal: Był wystarczająco kompaktowy, aby zmieścić się w małym bagażniku Volkswagena Beetle.

REKLAMA (2)

Gdy w grudniu 1972 roku doszło do rejestracji materiału, który wypełnił Blueprint, Gallagher miał już na swoim koncie sporo muzycznych osiągnięć.

Swoje pierwsze doświadczenia estradowe zdobywał, grając w zespole The Fontana Showband, a następnie w The Impact Showband. Jako szesnastolatek założył własną grupę Taste. Grupa istniała pięć lat i zapisała się w historii bluesrocka jako znakomite, ekscytująco brzmiące trio, które z zaściankowej anonimowości doszło do międzynarodowej sławy. Szerokiej publiczności dało się poznać podczas legendarnego festiwalu na wyspie Wight w 1970 roku.

Rory jeszcze jako nastolatek okazał się bardzo pracowitym muzykiem o nieprzeciętnym talencie. Ktoś w latach siedemdziesiątych zapytał go, jaką muzykę będzie grał za dziesięć lat. Odpowiedział, że ciągle tę samą, tylko zdecydowanie lepiej. I rzeczywiście technikę gry szlifował do końca swoich dni. Potrafił zręcznie zachować podstawowe przesłanie bluesa, jednocześnie nie wynosząc go na piedestał. Śmiało korzystał z tradycji boogie i twórczo sięgał po stricte rockowe rozwiązania, będąc przy tym bardzo nowoczesnym interpretatorem. Jego gra wzbudzała podziw, a potrafił grać fenomenalnie na swoim steranym Stratocasterze z 1961 roku; grał też na mandolinie, harmonijce ustnej, a nawet saksofonie. Posiadł znakomite umiejętności posługiwania się techniką bottleneck, którą potrafił twórczo wykorzystać. Od początku czerpał inspiracje z muzyki czarnych bluesmanów, przez których był uznawany za najlepszego białego gitarzystę. Muddy Waters i Albert King zaprosili go nawet do udziału w sesjach nagraniowych.

Po solowym debiucie z 1971 roku (krążek zatytułowany po prostu Rory Gallagher) przyszły kolejne albumy ze znakomitym koncertowym Irish Tour na czele.

Warto tu dodać, że w roku wydania debiutanckiego krążka, w rankingu opiniotwórczego brytyjskiego magazynu „Melody Marker” Gallagher został wybrany Międzynarodowym Muzykiem Roku, wyprzedzając samego Erica Claptona.

REKLAMA (3)

Wracam jednak do płyty Blueprint. Otwierała go kapitalna, czadowa kompozycja z nośnym riffem Walk On The Hot Coals. Po latach myślę nawet, że to jeden z moich ulubionych numerów Irlandczyka. Na Blueprint Rory zaprezentował się jako bardzo wszechstronny artysta. Znalazły się tu bowiem bardzo różnorodne utwory, czerpiące z różnych gatunków muzycznych. Dla przykładu jest i delikatna ballada Daughter Of The Everglades z długą, snującą opowieść solówką Rory’ego; są wyraziste bluesy: Hands Off oraz Race The Breeze, a nawet utwór o fusionowym zabarwieniu Seventh Son Of A Seventh Son. W opinii znawców trzeci album Gallaghera był gorszy niż poprzednie, stanowił jednak pomost do kolejnego, bodaj najlepszego etapu w twórczości artysty.

Warto na koniec dodać, że ten wybitny gitarzysta organicznie nie znosił kiczu i mimo to, a raczej dzięki temu potrafił sprzedać miliony swoich płyt. Nigdy nie zabiegał o względy tzw. showbiznesu, nie dbał jakoś specjalnie o swój wizerunek sceniczny, a według tych, którzy go znali, był równym, przyjacielskim „gościem z sąsiedztwa”.

# TEMI, Fonograf, Gallagher i Blueprint Krzysztof Borowiec, Blueprint Rory Gallagher Krzysztof Borowiec

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze