Heros gitary

0
borowiec
borowiec1416
REKLAMA

Blackmore zaczął grać na gitarze w wieku jedenastu lat. Przez jakiś czas pobierał lekcje gry na gitarze klasycznej, co, jak sam uważa, było ważne, ponieważ nauczył się wydobywać brzmienia czterema palcami lewej ręki. Potem terminował u swojego sąsiada, Big Jima Sullivana, zawodowego gitarzysty sesyjnego, który pokazał mu jak grać utwory Bacha, a przy tym nauczył go czytania nut. Blackmore tak wspominał Sullivana: Kiedyś powiedział mi: „Bez względu na to, jaki rodzaj muzyki będziesz kiedyś grać, powinieneś być jej wierny”. Więc zdecydowałem, że będę grać rock’n’rolla. Szkoda jednak, że akurat tej deklaracji pozostał wierny tylko do 1997 roku.
Blackmore był jednym z pierwszych gitarzystów, którzy dokonali połączenia bluesowego feelingu z motywami pochodzącymi z muzyki klasycznej. W książce Legendy gitary Chris Gill napisał: Styl Blackmore’a ukształtowany został w równym stopniu przez Bacha, co przez muzykę bluesową. Dzięki niemu elementy muzyki klasycznej powiększyły zasób środków ekspresji gitarzystów rockowych. Jego sposób gry, tak odkrywczy pod względem technicznym, otworzył drogę bogatemu stylowi gry wielu innych gitarzystów (…) jego słynny riff ze „Smoke On The Water” pokazał, jaką przyjemność może sprawiać prostota muzyki heavy‑metalowej. Te ostanie słowa to stuprocentowa racja, bo rzeczywiście, zarówno w Deep Purple, jak i w Rainbow, Blackmore wykazał radość tworzenia stylowego rocka. Świętej pamięci John Lord (klawiszowiec Deep Purple) stwierdził niegdyś: Nie sądzę, by w jednym życiu można było wymyślić wiele takich riffów jak te ze „Smoke On The Water” czy „Woman From Tokyo”. Właśnie, a to przecież zaledwie dwa przykłady.
A propos pierwszego, legendarnego Deep Purple. Dla wielu gitarzystów rockowych to właśnie Blackmore był postacią numer jeden w zespole. W swoim czasie Stefan Machel z TSA na łamach Teraz Rock tak się wypowiadał: Dla mnie najważniejszy w Deep Purple był Ritchie. Miał swój wyrazisty styl i niepowtarzalny ton. Wystarczyło, że dotknął gitary i od razu brzmiał jak… Blackmore. Brzmienie jego instrumentu to sól tego zespołu. Gitara w jego rękach potrafiła zapłakać, ale był też niezłym technikiem – grał takie klasyczne pasaże, z którymi wielu gitarzystów rockowych i dziś nie może sobie poradzić. Nawet jeśli jest w tych słowach szczypta przesady, to trzeba przyznać, że począwszy od płyty Deep Purple In Rock, poprzez Fireball, Machine Head, koncertową Made In Japan, a nawet Burn ten „gość w czerni” był postacią pierwszoplanową.
Był też mocno apodyktycznym muzykiem. Jon Lord twierdził przed laty: W jakiś sposób Ritchie wpływał na wszystko, zespół zależał od jego woli. Mogliśmy robić tylko to, na co on miał ochotę. Innym razem, w sposób niepozbawiony ironii, klawiszowiec określił jego postępowanie tak: Ritchie nie lubi widzieć szczęśliwych ludzi, bo myśli, że popadli w samozadowolenie.
W 1997 roku artysta rozstał się z rockiem, została wtedy wydana pierwsza płyta jego nowej formacji – Blackmore’s Night. Kolejny (po Deep Purple) rockowy gigant – zespół Rainbow został definitywnie rozwiązany. Tym samym artysta zakończył ścisły związek z muzyką rockową i – jako współczesny minstrel – zwrócił się w stronę klimatów średniowieczno‑renesansowo‑etnicznych. Mógł sobie na to pozwolić, tylko po co i dlaczego do tego stopnia?
A tak przy okazji Blackmore’s Night, ponoć dzięki współtworzącej tę grupę pięknej Candice Night artysta zainteresował się też folklorem polskim. Candice natomiast, w której żyłach płynie polska krew, stała się nie tylko wokalistką zespołu, została muzą, towarzyszką życia i wreszcie żoną starzejącego się byłego rockmana.
I coś na finał. Często przytaczam tu miejsca muzyków zajęte w mniej czy bardziej prestiżowych rankingach, zwłaszcza tych ponadczasowych. Zatem, tak dla przykładu, w 2003 roku Blackmore został sklasyfikowany na 55. miejscu listy 100 najlepszych gitarzystów wszech czasów magazynu Rolling Stone, a w roku 2004 uplasował się na 16. pozycji zestawienia 100 najlepszych gitarzystów heavymetalowych wszech czasów pisma Guitar World. No cóż, muszę przyznać, że choć nie darzę współczesnych dokonań Blackmore’a jakimś szczególnym uznaniem, to jednak umiejscowienie go w odległej szóstej dziesiątce gitarzystów wszech czasów jest albo dyletanctwem (co raczej wykluczam), albo (co bardziej prawdopodobne) przejawem zwykłej antypatii.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze