Hot Love i glam

0
borowiec
borowiec1816
REKLAMA

Przebojowa kompozycja Marca Bolana ujmowała prostotą, a jednocześnie fajnie bujającym refrenem z niekończącym się la, la, la. Jej niespecjalnie wyszukany tekst opowiadający o miłości do pewnej starszej kobiety był jednak niepozbawiony ironii (she’s my woman of gold and she’s not very old… she’s faster than most… I’m her two‑penny prince). Nawiasem mówiąc, tamtego roku to nie był jedyny przebój, w którego tekście pojawiła się miłość do starszej kobiety i który ponad miesiąc plasował się na topie brytyjskiej listy małych krążków. W październiku 5‑tygodniowy pobyt na szczycie rozpoczęła bowiem piosenka Maggie May Roda Stewarta. Tyle tylko, że ona akurat opowiadała historię całkiem poważnie. No, ale do rzeczy.
Glam rock zawdzięczał swoje narodziny właśnie Bolanowi, za nim poszła cała plejada większych i mniejszych wykonawców.
Grający na gitarze i tańczący na scenie w atłasowych strojach ten poprockowy artysta był pierwszym idolem dekady lat 70. Gdy po raz pierwszy wystąpił w telewizji z brokatem wokół oczu, fani natychmiast zaczęli go naśladować. Zjawisko „wyglądaj jak idol” rozpoczęło się razem z nim.
Pasmo sukcesów Bolana nastąpiło, gdy zelektryfikował grający wcześniej akustycznie zespół i skrócił jego nazwę z Tyrannosaurus Rex do T.Rex. Najpierw było Ride A White Swan – hit numer dwa brytyjskiej listy przebojów, potem nastąpiły numery jeden tamtejszych zestawień, począwszy właśnie od Hot Love, a dalej: Get It On, Telegram Sam, Metal Guru oraz sporo znakomitych kawałków, plasujących się na drugim, bądź trzecim miejscu, takich jak: Jeepster, Children Of The Revolution czy 20th Century Boy. W latach 1971‑1973 Bolan znalazł się u szczyty popularności, angielska młodzież obdarzyła go wręcz histerycznym uwielbieniem, a na kształt beatelmanii ukuto nawet termin t.rexmania. Czas jednak na to i owo o tytułowym zjawisku.
Nazwę „glam”, która wówczas w Polsce w ogóle nie funkcjonowała, zaczerpnięto od angielskiego terminu „glamour”. Termin ten, nie posiadając jednoznacznego odnośnika w języku polskim, znaczył tyle co przepych, czar, urok i splendor razem wzięte. Glam rock zamykający się w kalendarium kultury popularnej w połowie lat 70. był odpowiedzią artystów na zmierzch epoki dzieci‑kwiatów. Hipisowskie postulaty naturalności i autentyzmu zastąpiono sztucznością, afektacją, teatralnością i swoistą formą programowego kiczu.
Buty na olbrzymiej platformie, długi boa, ekscentryczny kapelusz, welwetowy garnitur złożony z wąskich spodni oraz dopasowanej w talii marynarki z rozłożystym kołnierzem i wyłogami obszytymi świetlistą satyną. Złoto, srebro, cekiny były wykorzystywane albo jako dodatki, albo też jako podstawa całego stroju większości ówczesnych gwiazd. Eklektyzm trendu nakazywał łączyć opalizujące tkaniny, takie jak: jedwab, tafta, nylon, lurex czy brokat. One bowiem nadawały całości blasku, połysku i lśnienia. Tym samym pojawia się odpowiedź na ewentualne pytanie, dlaczego glam nie zaistniał w PRL‑u? Otóż, gdyby nasi krawcy stawali nawet na głowie, to wszechobecny wówczas sztruks, bistor i pewexowska kremplina nie były w stanie sprostać wymaganiom blasku i połysku. A tym trudniej – nie licząc przy tym ogrodów zoologicznych – było zaopatrzyć się w boa. A propos, jeśli popatrzy się na zdjęcia z tamtego okresu Micka Jaggera, to widać, że nawet on uległ ówczesnemu trendowi, bo boa ze strusich piór stanowił częsty dodatek do jego strojów.
A muzyka? No cóż, wraca się do niej z sentymentem, a gwiazd i gwiazdeczek związanych ze sceną glam rockową było wówczas więcej niż trochę. Niewątpliwie najważniejszą postacią obok Bolana był David Bowie, ale także Bryan Ferry czy Steve Harley z zespołu Cockney Rebel. Przez jakiś czas pisało się, że niekoronowanym królem glam rocka jest Gary Glitter. Dziś wypada jednak stwierdzić, że jego hity nie wytrzymały próby czasu, a on sam okrył się potem niesławą. Wśród zespołów związanych z tego rodzaju estetyką należałoby wymienić: Sweet, pełen poweru Slade, a także Wizzard, Chickory Tip, Rubettes, Mud, Hello oraz bardziej rockowy Mott The Hoople, którego gitarzysta Mick Ralphs współtworzył potem supergrupę Bad Company.
Myśląc o glamie, za najbardziej reprezentatywny album uznaję Electric Warrior T.Rex. Bliskimi dla mnie pozostały również dokonania zespołu Roxy Music, wysublimowane artystycznie, a zarazem najbardziej prowokacyjne w całym tym zjawisku.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze