Stonesi w Hyde Parku

0
borowiec
borowiec1928
REKLAMA

To właśnie Jones był założycielem tego najsłynniejszego rockandrollowego bandu świata. On też wymyślił jego nazwę. Naukę gry na pianinie Brian rozpoczął w wieku sześciu lat. Jako dwunastolatek dołączył do orkiestry szkolnej i nauczył się grać na klarnecie. Na punkcie muzyki oszalał, gdy zobaczył występ zespołu Chris Barber’s Jazz Band. Po koncercie dopadł legendarnego Alexisa Kornera, który mu pomógł. Dzięki temu młody entuzjasta bluesa znalazł się w Londynie. Tam, po pewnym czasie, do jego zespołu przyszedł Mick Jagger, który jako warunek wspólnego muzykowania postawił przyjęcie Keitha Richardsa. Tak się zaczęło. Skończyło się po siedmiu latach usunięciem Jonesa ze składu.
W połowie lat 60. Jones, Jagger i Richards doskonale odpowiadali lansowanemu przez media wizerunkowi niegrzecznych chłopców. Zważywszy jednak na wszystkie wcześniejsze „dokonania” tej trójki, z całą pewnością można uznać, że w pierwszym okresie działalności grupy to właśnie Brian był najbardziej niegrzecznym kolesiem. W tamtych czasach Keith Richards powiedział, ponoć, do niego: Stary, ty nigdy nie dociągniesz do trzydziestki, na co Brian odpowiedział: Wiem.
Z biegiem lat ten pomysłodawca nazwy zespołu i pierwszy lider Stonesów, zaczął oddalać się od kumpli. Kupił sobie farmę, na której A. Milne napisał Kubusia Puchatka. Tam z upodobaniem i sporą regularnością oddawał się orgiastycznym imprezom. Na tragiczny finał takiego trybu życia nie trzeba było długo czekać. Jones utonął we własnym basenie w nocy z 2 na 3 lipca 1969 roku.
Tuż przed tragiczną śmiercią został usunięty z zespołu, a następnego dnia po jego śmierci ukazał się nowy singel Stonesów zawierający znakomite kawałki Honky Tonk Woman i You Can’t Always Get What You Want.
Najstarszy z ówczesnych Stonesów, basista – Bill Wyman, tak się wyraził po śmierci muzyka: Brian miał styl i pomimo tego, jaki był pod koniec życia, zrobił więcej niż inni dla rozpowszechnienia stylu hippie. Grał cholernie dobrze na gitarze szyjką od butelki, na długo przed tym, kiedy ktoś w Anglii w ogóle wiedział, o co w tym chodzi. Był prawdopodobnie lepszym, bardziej naturalnym muzykiem, niż my wszyscy razem wzięci.
Stonesi, jak czas pokazał, poświęcili mu koncert z najliczniejszą widownią w ówczesnej historii rocka (Woodstock oraz największy festiwal na wyspie Wight miały miejsce później). Już 4 lipca wieczorem fani zaczęli ściągać do Hyde Parku. Wkrótce do snu układało się tam ponad 500 osób. Rankiem dnia następnego było ich już 7 tysięcy. Oczekujący na koncert młodzi ludzie, przyozdobieni w paciorki, chusty i biżuterię, brzdąkali na gitarach i grali na bębnach. Bill Wyman stwierdził niegdyś, że wszystko to wyglądało jak hippisowskie niebo.
5 lipca oprócz Stonesów na scenie pojawiły się (między innymi) zespoły: New Church Alexisa Kornera, Family, Screw, a przede wszystkim nowo założony King Crimson, którego klawiszowiec Ian McDonald tak wspominał: Przed nami na trawie rozłożyły się tysiące angielskich hippisów i entuzjastów współczesnej kultury. Czuliśmy, że trafiliśmy w sedno, grając dla nich numer „20th Century Schizoid Man”.
Około godziny 17.20 prowadzący koncert Sam Cutler zapowiedział: The Stones chcą dziś zagrać dla Briana. Publiczność eksplodowała. Jaggerowi dopiero po pewnym czasie udało się uciszyć tłum na tyle, żeby wygłosić słowa: naprawdę chciałbym coś powiedzieć o Brianie, nie wiem jak mam to zrobić, ale spróbuję. Widownia zamilkła, a Mick odczytał dwie strofy wiersza Adonis romantycznego poety Percy’ego Shelleya, napisanego po śmierci innego romantyka – Johna Keatsa. Pokój. Pokój. On nie umarł, nie zasnął. Obudził się jeno ze snu życia. Tłum wpadł w euforię, a atmosfera udzieliła się nawet filmującym wydarzenie kamerzystom.
Stonesi zaczęli numerem Johnny’ego Wintera I’m Yours She’s Mine. Wtedy właśnie wypuszczono z pudełek ponad trzy tysiące motyli, które miały wzbogacić symbolikę całego wydarzenia. Mick, występując w białym stroju, skakał na scenie i robił wszystko najlepiej jak potrafił. Zespół jednak zagrał krócej niż godzinę i zszedł ze sceny około 18.15. Po koncercie fani, zachęceni nagrodą w postaci najnowszego singla zespołu za zebranie trzech worków śmieci, wynieśli 15 ton odpadów i zostawili park czystszym niż w normalną sobotę.
Według mediów w koncercie uczestniczyło 250 tysięcy ludzi, jeśli zaś wierzyć organizatorom oraz Daily Telegraph – prawie pół miliona.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze