Teksański mistrz gitary

0
fonograf-stevie_ray_vaughan_live_alive
REKLAMA

Gdyby nie katastrofa śmigłowca, w której zginął, 3 października obchodziłby 70 urodziny. Od jego śmierci minęło w sierpniu 34 lata, a on niezmiennie uważany jest za jednego z najwybitniejszych gitarzystów w historii. Nazywał się Stevie Ray Vaughan i był Teksańczykiem.

Wyrósł z bluesa, uczynił go fundamentem swoich muzycznych poczynań, a jednocześnie twórczo go przetwarzał i nadał mu własne, charakterystyczne teksańskie oblicze. Nie lubił jednak szufladkowania i mówił: Mogę nazwać moją muzykę rhythm’n’bluesem, ale czasami wychodzimy poza granice stylu. Wiele osób określa to mianem blues-rocka. Ja wolałbym, aby traktowano to po prostu jako muzykę.

Z grą Steviego Raya Vaughana zetknąłem się jakieś cztery dekady temu. Było to przy okazji jego drugiej płyty Couldn’t Stand The Weather. Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie ten krążek, a już zwłaszcza hendriksowski numer Voodoo Child (Slight Return). To było jakieś kosmiczne, absolutnie perfekcyjne wymiatanie. Natchniony Teksańczyk zdumiewał nie tylko polotem i wyobraźnią, ale też brzmieniem i maestrią wykonania.

REKLAMA (2)

Podstawowym instrumentem Steviego była gitara Fender Stratocaster z palisandrową podstrunnicą z 1959 roku. Artysta zmodyfikował ją nieco, instalując duże progi firmy Gibson oraz system tremolo przeznaczony do gitar dla leworęcznych. Do tego używał potężnego nagłośnienia, które umożliwiało mu uzyskanie silnego, przesterowanego dźwięku.

Chris Gill, autor książki Legendy gitary, tak pisał o Steviem: Pełne i mocne brzmienie, ostry jak żądło ton, styl nawiązujący do muzyki soul oraz dynamiczne zachowanie na scenie tworzą obraz Vaughana, czyniąc go jednym z najlepszych gitarzystów bluesowych świata. Jego muzyka przemawia zarówno do fanów rocka, jak i entuzjastów bluesa, przynosząc mu największy sukces odniesiony przez artystę bluesowego od czasów panowania Claptona w latach 60. (…) Wielu gitarzystów naśladowało zagrywki Vaughana, ale niewielu udało się dorównać jego porywającej grze.

Sam artysta o swojej twórczości tak opowiadał na łamach pisma Guitar Player w lutym 1990 roku: Nie jestem Hendrixem – nie umiem zagrać wszystkich rytmów tego świata, jednocześnie śpiewać i udawać, że wszystko jest w porządku. (…).Staram się wydobyć z gitary maksimum brzmienia. Są takie noce, kiedy wydaje mi się, że wszystko powstaje samo z siebie, bez mojego udziału. Dla nich warto grać.

Jak sam utrzymywał, to brat Jimmie wywarł największy wpływ na jego styl gry. W wieku 13 lat występował już w klubach, w których spotykał swoich muzycznych idoli. W roku 1978 założył band Stevie Ray Vaughan and Double Trouble. Jakiś czas później w klubie w Austin występ zespołu zobaczył słynny producent muzyczny, Jerry Wexler. Będąc pod olbrzymim wrażeniem zorganizował muzykom występ podczas festiwalu w Montreux w 1982 roku.

Dzięki temu uwagę na Steviego zwrócili David Bowie oraz Jackson Browne. Bowie zatrudnił go przy nagrywaniu swojego albumu Let’s Dance. Stevie pojawił się też w klipie zrealizowanym do tytułowego utworu z tego krążka. Był to rok 1983, w którym wydany został debiutancki album artysty zatytułowany Texas Flood. Album został nagrany w ciągu trzech dni w studiu nagrań Jacksona Browne’a, a Vaughan napisał sześć z dziesięciu utworów, które się nań znalazły. Single promujące album zawierały kompozycje Love Struck Baby oraz Pride and Joy. Do pierwszej z nich został nakręcony teledysk, który dość regularnie emitowany był przez MTV. Wkrótce potem album uzyskał status Złotej Płyty.
Kariera Steviego Raya Vaughana, niestety, nie trwała długo.

REKLAMA (3)

26 sierpnia 1990 roku w Alpine Valley Music Theatre w Earl Troy (Wisconsin) odbył się wielki koncert, podczas którego zgrali: Stevie Ray Vaughan, jego brat Jimmy oraz takie gwiazdy jak: Robert Cray, Eric Clapton i Buddy Guy. Występ był porywający, a brawurowe wykonanie Sweet Home Chicago przeszło do legendy. Koniec koncertu nastąpił późno wieczorem. Tuż potem Stevie i Jimmy zaplanowali powrót. Jimmy i jego żona postanowili wrócić do Chicago samochodem. Stevie w ostatniej chwili zdecydował się na przelot helikopterem wraz z ekipą Erica Claptona.

Śmigłowiec, bez jednego z obowiązujących certyfikatów, wystartował około godziny 0:40, skierował się na północ. Wkrótce osaczyła go gęsta mgła, widoczność ograniczona została dramatycznie. Tuż po godzinie 1:00 pilot stracił orientację i maszyna uderzyła w zbocze wzgórza, którego wysokość nie przekraczała 300 stóp. Zginęli wszyscy.

Trzynaście lat później Stevie Ray Vaughan został sklasyfikowany przez magazyn Rolling Stone na 7. miejscu listy 100 największych gitarzystów wszech czasów.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze