Uwertura lata miłości

0
borowiec
borowiec1524
REKLAMA

Ten niezwykły festiwal, odbywający się pod hasłem „Muzyka, miłość i kwiaty”, przeszedł do historii jako jedno z najważniejszych wydarzeń tamtej dekady i w ogóle całego rocka. Kalifornia, a przede wszystkim San Francisco ze sławną dzielnicą Haight Ashbury eksplodowały tamtego lata kolorami, muzyką tysięcy gitar, plamami migającego światła, zapachem kadzideł z drzewa sandałowego, wonią marihuany, barwnymi tkaninami i pięknymi, choć utopijnymi ideami.
W gruncie rzeczy nie tylko Kalifornia, ale całe Stany i część Europy przeżyły wtedy lato miłości, za którego introdukcję uznać należy tamto trzydniowe muzyczne wydarzenie.
Wszystko zaczęło się od tego, że wzorem cenionego Monterey Jazz Festival kilku zapaleńców postanowiło zrealizować przedsięwzięcie o charakterze pop‑rockowym, w którym znalazły się także: blues, folk, soul, a nawet muzyka hinduska. Inspiratorami festiwalu byli Alan Pariser, Paul Simon oraz dwaj późniejsi dyrektorzy imprezy, czyli Lou Adler i John Phillips z The Mamas And The Papas. Do składu zarządu Festiwalu powołano Donovana, Micka Jaggera, Paula McCartneya, Jima McGuinna, Johnny’ego Riversa, Smokey Robinsona, Paula Simona i Briana Wilsona. W pierwszym tak wielkim, a przy tym charytatywnym przedsięwzięciu wzięło udział 31 zespołów, przez widownię przewinęło się ponad 200 tysięcy osób.
Pierwszego dnia (piątek, 16 czerwca) na scenie w Monterey wystąpili między innymi: Lou Rawls, Johnny Rivers, słynny już wówczas duet Simon & Garfunkel oraz legendarna kapela The Animals. W sobotę zagrała cała plejada amerykańskiego rocka, czyli: Canned Heat, Quicksilver Messenger Service, Steve Miller Band, Electric Flag, Moby Grape, Jefferson Airplane, The Byrds oraz The Paul Butterfield Blues Band i Booker T. & The MG’s. Niewątpliwie jednak największe wrażenie pozostawiły występy Janis Jolin z zespołem Big Brother & The Holding Company oraz entuzjastycznie przyjęty Otis Redding, który wystąpił w kontrastującym z kolorowymi kaftanami, paciorkami i kwiatami tradycyjnym, czarnym garniturze. Wkrótce po tym występie Redding nagrał swój największy hit Sitting In The Dock Of The Bay, w którym zawarł swoje przeżycia związane z tą imprezą.
Jednak najbarwniej było w niedzielę 18 czerwca. Koncerty rozpoczęły się tego dnia od występu Ravi’ego Shankara. Ten hinduski mistrz gry na sitarze, tworząc swoją przyszłą popularność, potrafił zjednać sobie szacunek i muzyków, i fanów rocka. Po nim pojawiły się między innymi: najlepsza bluesrockowa formacja z Nowego Jorku – Blues Project, oraz Bufflo Springfield – prekursorska grupa amerykańskiego folkrocka, z późniejszymi sławami w składzie: Stephenem Stills’em, Jimem Messiną i Neilem Youngiem.
Największe hece, a i również wrażenia dotyczyły finalnego dnia przybyszów z Anglii: grup The Who oraz The Jimi Hendrix Experience. Za kulisami odbyła się piekielna kłótnia. Pat Hartley – przyjaciółka Hendrixa, a także Rogera Daltreya z The Who, tak sprawę ujęła: rzecz poszła o to, kto ma wystąpić pierwszy. Jeśli The Who wyjdą pierwsi, Jimi załatwi ich na cacy. A jeśli Jimi pójdzie najpierw, to nie ma sensu, żeby ktokolwiek próbował po nim. Zdecydowano, że The Who pójdą pierwsi. Jak się później okazało, ku wiecznemu ich żalowi. Obecni na koncercie utrzymywali jednak, że ich występ przewyższył wszystkie poprzednie popisy. W finale zabrzmiał hymn My Generation, zagrany z potężnym impetem i hard‑rockową agresją. Na zakończenie utworu Pete Townshend rozwalał gitarę na kawałki, Daltrey tłukł mikrofonem w talerze perkusji, a na scenie wybuchały granaty dymne. Robotę czyścicielską, spełniając rolę buforu, wykonała kapela z San Francisco – Grateful Dead.
Wreszcie na scenie pojawił się Jimi Hendrix, zapowiedziany przez swojego kumpla Briana Jonesa z The Rolling Stones. Kiedy odpalił dylanowski Like A Rolling Stone, publiczność eksplodowała. Jimi grał na gitarze zębami, trzymał instrument za plecami, wił w czasie wstawki instrumentalnej językiem, w końcu wydobył zza wzmacniaczy bańkę z paliwem do zapalniczek, obalał gitarę i podpalił ją. Krytyk z pisma The Los Angeles Times, Pete Johnson powiedział: Jimi Hendrix, Noel Redding i Mitch Mitchell byli burzą w owym lecie miłości. Ich występ na festiwalu był magiczny. To, jak wyglądali, zachowywali się i brzmieli, odległe było o wiele lat świetlnych od wszystkiego, co ktokolwiek tu widział.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze