Długo oczekiwany Mad Max

0
Mad Max
Fot. depositphotos.com
REKLAMA

Nasz ci on! – mam ochotę krzyknąć za każdym razem, kiedy myślę o Szalonym Maksie, tytułowym bohaterze cyklu filmów George’a Millera. Bo przecież ten były policjant, ostatni sprawiedliwy w świecie spustoszonym przez globalną wojnę, nosi polsko brzmiące nazwisko Rockatansky. Choć prawdę mówiąc, nawet z pomocą internetu nigdy nie udało mi się znaleźć wśród rodaków nikogo, kto nazywałby się Rokatański…

Nieistotne. Nawet jeśli uprzemy się przy słowiańskich korzeniach australijskiego wojownika autostrady, to tak naprawdę jest on obywatelem świata – albo inaczej, obywatelem tej egzotycznej, nieistniejącej na mapie krainy, której na imię kino. I w której wszyscy są rodakami, bez względu na język i narodowość. Charlize Theron opowiadała mi kiedyś, że w jej ojczystej Republice Południowej Afryki „Mad Max” – ten pierwszy, z 1979 roku – nie uchodził wcale za zagraniczny film. „Wszyscy uznali go za swój, a o bohaterze rozmawiali jak o starym znajomym: Mad Max to jest gość, Mad Max by mu pokazał, z Mad Maksem lepiej nie zaczynać. Zupełnie jakby istniał naprawdę!”.

Premiera i skandal

A przecież niewiele wskazywało, że ta skromna, zrealizowana niemalże chałupniczymi środkami produkcja zdobędzie takie powodzenie. Premierze towarzyszył skandal ze względu na liczne sceny przemocy, jak na owe czasy wyjątkowo drastyczne – w Nowej Zelandii na przykład film wyświetlano w wersji ocenzurowanej, a w Szwecji w ogóle zakazano jego pokazywania.

REKLAMA (2)

Z dzisiejszej perspektywy „Mad Max” chyba już tak bardzo nie szokuje, co w sumie nie dziwi. Granice tego, co wolno pokazywać na ekranie, znacznie się przesunęły. Ale czy to znaczy, że przestaliśmy w ogóle reagować na przemoc w filmach? Ciekawą opinią podzielił się ze mną nie kto inny, jak sam Max – przepraszam, Mel Gibson: „Ci, którzy narzekają na gwałtowne sceny, nie zdają sobie sprawy z jednej rzeczy: po prostu w trakcie oglądania przejmują się losami postaci i dlatego tak intensywnie reagują na to, co się z nimi dzieje. Sama przyznaj: kiedy jakiś pryszczaty nastolatek zostaje nadziany na hak w ‘Teksańskiej masakrze piłą łańcuchową IV’, to guzik cię to obchodzi. I bardzo dobrze, bo wcale nie musi! Kiedy jednak zidentyfikujesz się z jakimś bohaterem, wtedy niesamowicie przeżywasz wszystko, co mu się przytrafia. Może nie odczuwasz fizycznego bólu, masz jednak wrażenie, że okrucieństwo, które go spotyka, staje się twoim udziałem”. Hm, z tego wynikałoby, że filmy pełne przemocy, po których nie da się zasnąć w nocy, to… dobre filmy? Nie jestem tego do końca pewna, ale warto tę kwestię rozważyć.

Minęło 45 lat!

Wspominając o pierwszym „Mad Maksie”, uświadomiłam sobie nagle, że ta produkcja obchodzi w tym roku 45. urodziny! I mimo upływu czasu wciąż funkcjonuje w pamięci widzów jako główny punkt odniesienia niemal wszystkich postapokaliptycznych opowieści, nie wyłączając szalenie dziś popularnego serialu „Fallout” na podstawie cyklu bestsellerowych gier. Sceny jak z „Mad Maksa”, krajobraz jak z „Mad Maksa”, samochody… Takie porównania padają prawie bez ustanku. A przecież George Miller nie był wcale pierwszy. Ponad dekadę przed jego filmem Roger Zelazny – kolejne polskie nazwisko! – napisał znakomitą powieść „Aleja Potępienia”, w której odnajdziemy niemal wszystkie elementy znane ze świata Szalonego Maksa: świat po atomowej zagładzie, pełne niebezpieczeństw pustynne krajobrazy, zmotoryzowane gangi i w tym wszystkim charyzmatycznego antybohatera o wdzięcznym imieniu Czart (to w polskim przekładzie, w oryginale nazywa się Hell). Bardzo bym się zdziwiła, gdyby okazało się, że Miller „Alei Potępienia” nie czytał. Choć podejrzewam raczej, że obejrzał adaptację filmową z 1977 roku – nieudaną, niestety, a szkoda! – i pomyślał: „Ja zrobiłbym to lepiej”.

Z drugiej strony mogę się mylić. Bo przecież pierwszy „Mad Max” nie ma tak naprawdę wiele wspólnego z tym wizerunkiem postapokaliptycznego westernu, z którym utożsamiany jest cały cykl. Świat, w którym porusza się Max Rockatansky, owszem, chwieje się w posadach, ale cywilizacja jeszcze jakoś się trzyma. Funkcjonuje policja, działają sklepy, a bohaterowie ścigają się po asfaltowych drogach, a nie po pustyniach. Dopiero poczynając od drugiej części, czasami wyświetlanej z podtytułem „Wojownik szos”, cykl wszedł na właściwe tory. Pojawił się piasek, na ekran wjechały dziwaczne pojazdy samoróbki, no i przede wszystkim cała akcja przeniosła się w przyszłość po nieokreślonym bliżej globalnym konflikcie. Kto zaczął i o co poszło – ta kwestia nie miała znaczenia. Ważne stało się to, by przetrwać, zdobyć wodę i pożywienie, no i paliwo do samochodów. Ta wizja z naszego punktu widzenia wciąż jeszcze pozostaje fantastyczna, na tyle jednak działa na wyobraźnię, że do dziś z powodzeniem służy jako straszak aktywistom przestrzegającym przed niszczycielskimi skutkami zmian klimatu. Nieraz można z ich strony usłyszeć, że zagraża nam przyszłość rodem z „Mad Maksa”.

Mam tylko nadzieję, że nie mają na myśli trzeciego filmu, tego z Kopułą Gromu w tytule. Nie bez powodu bowiem uchodzi on za najmniej udany z całego cyklu. To właściwie kilka luźno zszytych opowieści w jednej, od westernu z samotnym wędrowcem przybywającym do miasta bezprawia po prawie religijną przypowieść o dzieciach z pustynnej Nibylandii, czekających na swojego wybawcę. Nie dziwi mnie, że po umiarkowanym, delikatnie mówiąc, przyjęciu tego tytułu Mel Gibson postanowił rozstać się z Szalonym Maksem.

Zresztą, jak sam mi powiedział, i bez tego miał już serdecznie dość tej postaci: „Nie chcę, żeby ludzie mówili na mój widok: O, to ten facet z ‘Mad Maksa’”. Zwłaszcza że kiedy na początku tego stulecia stał się bohaterem licznych skandali, dziennikarze ochoczo nadali mu przezwisko „Mad Mel” – Szalony Mel.

Na drodze gniewu…

Mimo niepowodzenia trzeciej części George Miller już w latach 80. snuł projekt nakręcenia „Na drodze gniewu”. Wymarzył sobie, by obok Gibsona wystąpiła Sigourney Weaver w roli Furiosy. Nie ukrywam, że dla mnie byłby to interesujący duet. Oboje zagrali razem w „Roku niebezpiecznego życia” i z rozbawieniem przypominam sobie opowieść Mela o tym epizodzie w jego karierze: „Pamiętam, że kiedy pracowaliśmy nad filmem, zaczynałem każdy dzień od siedzenia na balkonie z piwem w ręku. Sigourney w tym czasie przebiegała osiem mil, potem wracała spocona i szła dopakować się na siłownię. A ja sobie tak siedziałem – piwko za piwkiem, papierosek za papieroskiem. I gapiłem się, jak ona po siłowni przez bite trzy kwadranse pływa w basenie. Zupełnie jak jakiś cyborg! Kiedy kręciliśmy miłosną scenę, bez wysiłku podniosła mnie z podłogi, żebyśmy mogli się pocałować. Jest w końcu o wiele wyższa ode mnie”. Jak dla mnie ten opis idealnie pasowałby do filmowej Furiosy.

Jak wiadomo jednak, Sigourney nie zagrała tej postaci (czy niestety, czy na szczęście – tego się już nie dowiemy), podobnie jak Mel nie wcielił się już nigdy więcej w Maksa. Podobno George Miller uznał, że aktor jest już za stary – hm, odważna deklaracja jak na reżysera urodzonego w 1945 roku… Z zamiaru nakręcenia kolejnej części jednak nie zrezygnował. I w końcu udowodnił, że konsekwencja się opłaca! Równo trzydzieści lat po „Kopule Gromów” do kin wszedł czwarty „Mad Max” z podtytułem „Na drodze gniewu”. Do dziś pamiętam przerażenie w oczach Toma Hardy’ego, gdy zapytałam go jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć, jak się czuje jako następca Mela Gibsona. „Bez przerwy myślę o tym, czy dam radę. Presja jest rzeczywiście ogromna” – wyznał.

REKLAMA (3)

Poznamy tajemnice?

Czy sprostał legendzie? Nie podejmuję się oceniać. Wiem natomiast, że znakomitą Furiosą okazała się Charlize Theron. Choćby tylko dlatego, że nareszcie położyła kres kierowanym wielokrotnie pod adresem „Mad Maksa” zarzutom o to, że w filmach brak silnych, niezależnych postaci kobiecych. W rozmowie ze mną aktorka zwierzyła się, że bardzo polubiła tę bohaterkę, choć przygotowując się do roli, musiała długo ćwiczyć w siłowni – po pierwsze, by wyglądać wiarygodnie jako zmotoryzowana wojowniczka; po drugie, by udźwignąć metalową protezę ręki, którą nosi jej bohaterka. „Zaliczyłam całe mnóstwo pompek, brzuszków, podciągania na drążku, wyciskania sztangi. Myślałam, że się wykończę. Niestety, ze mną jest taki kłopot, że mam bardzo szerokie ramiona i nawet bez siłowni wyglądam jak facet”. Nie wiedziałam, jak powiedzieć tej niewiarygodnie, zjawiskowo pięknej dziewczynie, że musiałaby naprawdę, ale to naprawdę bardzo się postarać, by choć w przybliżeniu wyglądać jak facet – a i tak by jej się to nie udało.

„Razem z George’em bardzo długo pracowaliśmy nad historią Furiosy – mówiła mi Charlize prawie dekadę temu. – „Pojawia się w niej mnóstwo pytań bez odpowiedzi. Chciałam wiedzieć, co wydarzyło się w jej życiu, nawet jeśli na ekranie o tym się nie mówi”. No i wygląda na to, że już za kilka tygodni będziemy mogli poznać wszystkie tajemnice, choć już bez dotychczasowej odtwórczyni tej roli. W filmie „Furiosa: Saga Mad Max” w młodszą wersję tytułowej bohaterki wciela się Anya Taylor-Joy. Ta zaskakująca decyzja obsadowa nie wszystkim się spodobała, warto jednak przypomnieć, że przed premierą „Drogi gniewu” też nie brakowało głosów, iż „Mad Max” bez Mela Gibsona skazany jest na zagładę, a Tom Hardy nie da sobie rady.

Dziś, z perspektywy czasu, dostrzegam jedno zasadnicze podobieństwo pomiędzy obydwoma aktorami. Choć wcielają się w bohatera słynącego z gwałtownych zachowań, zarówno Mel, jak i Tom w rzeczywistości stanowią jego całkowite przeciwieństwo. „Nigdy nie chciałbym znaleźć się w sytuacji, w której musiałbym stoczyć walkę na śmierć i życie. Trzeba mieć coś nie tak w głowie, żeby do tego dążyć” – deklaruje pierwszy. A drugi dzielnie mu sekunduje: „Nie jestem z tych, co się lubią bić, tylko z tych, którzy siedzą w domu i razem z dzieckiem oglądają ‘Strażaka Sama’”.

Być może dzięki temu, że obaj panowie obdarzają Maksa Rockatansky’ego własnym spokojem i zdrowym rozsądkiem, ten wojownik pustynnych dróg wcale nie jest, jak głosi jego przydomek, szalony. Wprost przeciwnie, okazuje się jedynym normalnym, zdrowym psychicznie mieszkańcem postapokaliptycznego świata. Może nawet mógłby zostać kimś w rodzaju mędrca z anegdoty, którą kiedyś uraczył mnie Mel Gibson.

„Był sobie kiedyś facet, który próbował odnaleźć sens życia. Przepłynął siedem mórz, wspiął się na najwyższe szczyty, objechał świat kilkanaście razy, po czym pewnego dnia wdrapał się na jedną z gór i zastał na szczycie małego, zasuszonego staruszka siedzącego przy ogniu. Zapytał go: ‘Zjeździłem świat wzdłuż i wszerz, szukając sensu życia. Może ty pomożesz mi go odnaleźć?’. Staruszek na to: ‘Sens życia, mój synu, to smażona fasola’. Facet się zdenerwował: ‘Spędziłem tyle lat w trudzie i znoju, a ty mi mówisz, że sens życia to smażona fasola?’. Starzec odpowiedział: ‘A co, może nie?’”.

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze