A oni czekają…
Ludzie, którzy się szczepią, na ogół wierzą nauce, choć i oni nie są pozbawieni wątpliwości. Wolą jednak się zaszczepić niż zachorować, oceniają, że decyzja o przyjęciu nieznanego dotychczas preparatu jest dla nich mniej ryzykowna. Inni zrezygnowali ze szczepionki, choć nie musieli, cały czas spokojnie obserwując, co będzie działo się dalej. To bardzo wygodna postawa, choć możliwe są też jej ofiary. W dodatku przeciwnicy szczepień buntują się, kiedy mowa o tym, by na określony czas ludzie zaszczepieni mogli mieć pewne ułatwienia (szerszy dostęp do różnych usług, większe możliwości pracy w niektórych branżach i zawodach, łatwość przemieszczania się po świecie itp.). Twierdzą, że to niesprawiedliwe. Czy na pewno?
Nie wątpię, że ci, którzy się nie szczepią, mimo braku przeciwwskazań, również są zdecydowanie za tym, by wreszcie normalnie żyć: zwyczajnie pracować, uczyć się, bawić, wyjechać na urlop w bardziej odległe miejsca, robić zakupy bez ograniczeń. Ale jednocześnie oczekują, że epidemia, a wraz z nią wszystkie obostrzenia, wygaśnie sama. Niestety, sama nie wygaśnie. Stanie się to dopiero z udziałem tych, którzy przyjmą szczepionkę, którzy – być może – dzisiaj ryzykują, którzy tracą czas na rejestrację, kolejki w punktach szczepień, a później w wielu przypadkach zmagają się z poszczepienną „grypą” jako naturalną reakcją organizmu na obecność medykamentu. To głównie oni biorą na swoje barki walkę z epidemią, o czym przeciwnicy szczepień na wszelki wypadek milczą.























