Człowiek od krokodyli

0
Autorka z Robem i koalą
Autorka z Robem i koalą
REKLAMA

Do ogrodu Roba Bredla trafiłam przypadkiem, mając wolne popołudnie w Airlie Beach – miasteczku na wybrzeżu Queensland, skąd płynie się na Wielką Rafę Barierową i na Wyspy Zielonych Świątek. Widziałam wcześniej kilka filmów z udziałem Bosonogiego Buszmena – jak nazywano w Australii Roba Bredla (australijski przyrodnik chodzi bowiem boso po buszu znacznie dłużej i rzetelniej niż Cejrowski!). Inne jego przydomki (też w pełni zasłużone) to Crocodile Man lub Man Riding Crocodiles (Jeżdżący na Krokodylach).

Rob Bredl zrealizował wiele filmów przyrodniczych, nie tylko zresztą o krokodylach (ale „Całując krokodyle” zdobył największą popularność!), i sam w nich występował. Nie od razu jednak w mężczyźnie oprowadzającym po farmie pełnej zwierząt rozpoznałam Roba – dopiero, gdy stanął przed grupką zwiedzających z żywym, około metrowym krokodylem w ręce.
– Krokodyle w Australii atakują ludzi częściej i skuteczniej, niż cieszące się złą sławą rekiny – powiedział. – Mimo to, co miesiąc ginie na świecie znacznie więcej krokodyli, niż było ataków krokodyli na ludzi w całym ostatnim stuleciu!…
Rob Bredl jest rzecznikiem ochrony krokodyli już w drugim pokoleniu. Jego ojciec, Josef Bredl, przybył do Australii z Austrii (zmiana o kilka liter, jak czasem żartowano). W Australii polował na węże i wkrótce stał się znany jako wybitny herpetolog. W okresie, gdy osiedlił się na nowym kontynencie, australijskie krokodyle tępiono i ich liczba gwałtownie malała. Josef Bredl założył jedną z pierwszych w Australii farm krokodyli, by ratować ten gatunek.
Jego syn, Rob, wychował się na farmie, od dziecka uczestnicząc w karmieniu krokodyli i chwytaniu węży. Nic dziwnego, że został przyrodnikiem.

Karmienie krokodyli, fot. Marta Tutaj

Kangury, ptaki, węże

REKLAMA (2)

Ogród Roba Bredla koło Airlie Beach (obecnie znany jako Blue Planet Wildlife Park) to rodzaj ZOO, trzyma się tu jednak wyłącznie zwierzęta żyjące w Australii i na pobliskich wyspach. Można tu zobaczyć dziwne ptaki ( m.in. paszczaka australijskiego, nocnego ptaka spokrewnionego z lelkiem, który w dzień, podczas drzemki, znakomicie upodabnia się do suchego pieńka drzewa) czy „śmiejącą się” kukaburę, kangury, strusie emu, a także rudawki – nietoperze wielkości psa albo australijskie zielone żaby nocne (przypominające nasze rzekotki, tylko dziesięciokrotnie powiększone).
Można tu spędzić godzinę albo więcej w ptaszarni – wielkiej, udostępnionej do zwiedzania wolierze, gdzie człowieka odpoczywającego na ławce w cieniu zaczepiają wielkie papugi kakadu i dziwnego kształtu gołębie, sadowiąc się na kolanach i oczekując pieszczot. Można też zrobić sobie zdjęcie z rudym dingo, imieniem Alex, lub jego partnerką Daisy – płowobiałą, smukłą suczką z Fraser Island, największej wyspy piaszczystej na świecie.
– To są psy. Nic więcej – zapewniał nasz przewodnik. – Żyją w stanie dzikim, niezależne od człowieka, ale pochodzą od psów domowych i nie straciły psich cech. To miłe psy, przyjazne, szybko się uczące. Jeśli przywiążą się do właściciela, nie odczuwają pobytu w zagrodzie jako niewoli. Można je głaskać, proszę – uwielbiają to! Za to przy następnej zagrodzie radzę zachować ostrożność.
W następnej zagrodzie tuż przy ogrodzeniu stał duży, ciemnopióry ptak z dziwaczną, półokrągłą naroślą na głowie i obciągniętą niebieską, pomarszczoną skórą szyją. Kazuar hełmiasty. Za nim tłumek młodych, nieco tylko mniejszych, brązowawo nakrapianych. Opychały się obiadem, złożonym z kilku kilogramów pomidorów. Dorosły ptak przyglądał się nam z wyraźną podejrzliwością.
– Proszę uważać! Ma ostry dziób, a poza tym, broniąc się, kopie nogami, których pazury potrafią rozpruć brzuch. W obecności młodych może być agresywny! – ostrzegał przewodnik.
Za kolejnym ogrodzeniem spacerowały emu i kangury. Z tyłu, nad małą zieloną sadzawką, brodziło kilka żurawi, ibisów i gęsi skąposkrzydłych, które ze swoimi krótkimi, jakby przyciętymi płetwami i szczątkowymi skrzydłami wyglądają, jakby ktoś zaczął rysować gęś i nie dokończył rysunku. W kolejnych wolierach siedziały gady: warany o nakrapianej skórze, scynki o niebieskich językach i agamy kołnierzaste.
Rodzina koali, żyjąca w obszernym wybiegu, w czasie mojej wizyty w Airlie Beach miała niedawno narodzone młode. Samicy i młodego nie wolno było niepokoić, ciężar kontaktów z turystami ponosił więc siedmioletni samiec.
Szaropopielaty „miś” (który faktycznie nie jest z misiami nijak spokrewniony, należy do rodziny pałankowatych, nadrzewnych torbaczy mogących wyglądać bardzo różnie – jak wiewiórki, lemury albo szczury!) pozował do zdjęć w towarzystwie turystów. Rob nie pozwalał brać go na ręce – trzymał go sam, przestrzegając, że wystraszony lub nieumiejętnie trzymany koala może dotkliwie poranić ostrymi pazurami. „Miś” był cierpliwy i, oczywiście, wzruszający: puchate uszy, płaski ciemny nos, małe senne oczka, miękkie, przyjemnie pachnące futerko.
Odwiedziliśmy też terrarium z wężami – niektóre z nich, całkiem okazałe i niejadowite, turyści mogli potrzymać, zawiesić sobie na szyi i robić zdjęcia. Z innymi fotografował się tylko Rob – jak wyjaśnił z szerokim uśmiechem, były jadowite.
– Bez obaw. Na węże jestem dziedzicznie uodporniony…Wiem, jak je trzymać.

REKLAMA (3)
Dingo, fot. Marta Tutaj

Herbatka u Salomona

Specjalnością Roba był jednak, oczywiście, show z krokodylami – już nie tymi z terrarium, długości metra lub mniej, ale wielkimi, tłustymi bestiami spoczywającymi w ogrodzonych sadzawkach, o rozmiarach od trzech do ponad czterech metrów. Nie jest to bynajmniej gromadka obłaskawionych “pupilków”. Te prymitywne gady, które przetrwały w prawie niezmienionej formie z czasów panowania dinozaurów, reagują na zasadzie odruchów bezwarunkowych – aby pozostać żywym, będąc w ich pobliżu, trzeba znać ich reakcje i bardzo uważać na własne zachowanie. W relacjach człowiek-krokodyl nie wymyślono dotychczas lepszej recepty, niż ta, którą pewien australijski znawca niebezpiecznych zwierząt dał dwóm wyruszającym w interior podróżnikom: “Cóż, przede wszystkim nie dajcie się ugryźć…”
Podczas swego pokazu Rob Bredl na oczach widzów karmił wielkie krokodyle z ręki. Wyjaśniał przy tym – ze swobodą człowieka, który wykonywał takie demonstracje wiele razy – że na dotyk w pewne miejsca na ciele (a nawet wewnątrz paszczy) krokodyl nie reaguje.
– Mogę postukać tu… Salomon, ząb ci się psuje!…Jak widać, krokodyl zdaje się nie wiedzieć, że go dotykam – drzemie z otwartą paszczą. Ale kiedy tylko musnę tę część pyska – tu potworne szczęki Salomona zamknęły się błyskawicznie, z głuchym trzaskiem – to reakcja jest natychmiastowa. Proszę, nie próbujcie robić tego w domu!
Rob pokazywał też, jakie odgłosy i ruchy zwracają uwagę krokodyli, budząc ich instynkt łowiecki, a co z kolei może ujść ich uwagi. Prezentacja była odpowiednio efektowna – Rob chwytał wielkiego gada za koniec pyska i wyciągał go z wody, kiedy indziej zaś krokodyl wyskakiwał wysoko z wody, sprowokowany hałasem lub zapachem mięsa. Na koniec demonstracji Rob siadał na grzebiecie krokodyla – w starannie wybranym miejscu, które, jak objaśniał, jest „ciemnym punktem” w reakcjach krokodyla – i wypijał filiżankę herbaty.
– W ten sposób można wypić herbatę, nie zostając obiadem…
W Australii Rob jest bardzo popularny. Uważany jest także za człowieka najlepiej znającego zachowania krokodyli. Nie wszystko jednak można przewidzieć – w 2016 roku został zaatakowany przez ponad czterometrowego samca krokodyla, którego karmił z ręki. Rob trafił do szpitala z poważnymi ranami ramienia i uda.
Zdarzyło się to podczas pokazu, na oczach grupy turystów.
W czasie, gdy ja byłam w Airlie Beach, obyło się bez wypadków. Po południu, gdy większość turystów opuściła ogród, Rob – gwiazda telewizji – zabrał się do sprzątania zagród i karmienia zwierząt. Ponieważ mój nieznany w Australii aparat fotograficzny (używałam wtedy radzieckiego jeszcze Zenitha z długim obiektywem) zwracał uwagę, Rob pozwolił mi wchodzić do wybiegów (oprócz tych krokodylich) i fotografować zwierzęta z bliska.
Powiedziałam, Bosonogiemu Buszmenowi, że widziałam go w Polsce w telewizji, ale nie od razu poznałam. Rob, który przenosił akurat węże do terrarium, błysnął uśmiechem z brody i zwojów owiniętego wokół szyi węża:
– W telewizji byłem wyższy, prawda?

Obserwuj nas na Google NewsBądź zawsze na bieżąco - wejdź na Google Wiadomości i zacznij obserwować nasze newsy.


REKLAMA
Ustaw powiadomienia
Powiadom o
0 komentarzy
NAJNOWSZE
NAJSTARSZE NAJWYŻEJ OCENIANE
Opinie w treści
Zobacz wszystkie komentarze